Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
kadewu JEDNYM OKIEM


Chmury

Były i poszły; nie padało. Zadziwia mnie ten kawałek Europy nieustannie. Byłam niemal pewna, że lunie.

W kinie "Norman" - opowieść o duchach i zombie. Boję się pisać recenzję.



kadewu 23:06:36 29/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Plon

Mamy ponad 30 kasztanów.

Pójdziemy sobie na braderie - kiermasz, no i do kina.

Może będzie padać.



kadewu 12:13:21 29/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Kasztany

Umówiłam się z nim na kasztany.

I skakanie po kałużach.

W kaloszach w żabki.



kadewu 09:05:28 28/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Noc poetów

Dziś wieczór z poetami w księgarni Passa Porta. Dziś Europejski Dzień Języków, więc poeci ze wszystkich zakątków Europy: Hiszpanka, Bułgar, Rumun, Niemka, Holender - a nawet Turek, bo Turcja przecież stoi w przedsionku Europy.

Ich wiersze zawisną w metrze. Może trzymilionowy tłum, jaki co tydzień przetacza się przez brukselskie metro, zatrzyma się i zamyśli się na chwilę.

 

http://www.eunic-brussels.eu/asp/dyn/detailed_1.asp?lang=en&dyndoc_id=119&trsldoc_id=



kadewu 23:15:22 26/09/2012 [komentarzy 2] Komentuj

Rudości

Jesień przyjechała i rozsiadła się na tronie. Czas na swetry, szaliki, czapki - w sklepach wszystko to w rudościach, żółciach i pomarańczach. Jest to więc taka optymistyczna wersja jesieni; prawie można zapomnieć, że jesienią wszystko umiera i gnije.

Jutro święto wspólnoty frankofońskiej, czyli dzień wolny w szkołach - mojej i Jota. Pójdziemy pewnie zbierać kasztany i liście.

Cykl życia toczy się co rok tak samo. Dlaczego mnie to jeszcze dziwi? Na wiosnę znowu wykiełkują przebiśniegi. Byle do wiosny.



kadewu 09:27:41 26/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Znikający wagonik

Byłam wczoraj świadkiem dramatycznej sceny na stacji metra Arts-Loi. Otóż pociąg linii nr 5 odjechał z peronu rozdzielając matkę i dziecko. Pozostawiona na peronie mała dziewczynka wybuchła płaczem; uspokajała ją przytomnie pewna młoda dziewczyna, która wcześniej usiłowała sygnalizować motorniczemu metra, by nie odjeżdżał. Wokół nich zebrała się spora grupka zaaferowanych współpasażerów. - Mama zaraz przyjedzie, zobaczysz.

Nadjechał pociąg linii nr 1; odjechałam, nie doczekawszy się szczęśliwego - mam nadzieję - finału tej historii.



kadewu 11:11:18 25/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Za rybę

Niedziela w parku rozrywki - to brzmi dobrze, jeśli nie pada. Tym razem padało bez litości czy przerw. Akurat we Flandrii.

Uchatki, foki i delfiny starały się bardzo. Wszystkie dały świetny pokaz tresury; delfiny zdawały się szczerze lubić tę robotę.

Ale widok orła przywiązanego za łapę do budy był przygnębiający. I każdy, kto kupuje bilet do parku, sponsoruje jego opresję.

Sobotniej konferencji towarzyszyło wiele haseł związanych z rewolucją francuską bądź Oświeceniem. Jedno z nich było cytatem z Abrahama Lincolna. "Tak jak nie chcę być niewolnikiem, tak samo nie chcę także być panem". Trudno niektórym zrozumieć, że istnieje trzecia możliwość. Wizyta w parku rozrywki zdaje się potwierdzać, że zasadniczo są tylko dwie role.

By nie być panem tych zwierzęcych niewolników nie należy bywać w takich miejscach.



kadewu 09:40:09 24/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Centrum krytyki laickiej

To nazwa konferencji, na jaką się wybieram. Trochę o religii, trochę o płci, trochę o imigracji i globalizacji (mondialisation). Mam nadzieję poznać algierską feministkę - zapisałam się na jej warsztat.

 




kadewu 11:00:46 22/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Zapach druku

Zaraz wybieram się do księgarni po podręcznik do hiszpańskiego. Wracając odbiorę z poczty przesyłkę od K., która kupiła dla mnie w Polsce ćwiczeniówkę podręcznika do angielskiego, która przyda mi się na zajęciach.

Będę obwąchiwać kartki, czytać, przeglądać, głaskać strony... Niezrównane wrażenie. Lubię też oczywiście grzebać w sieci - jestem zmuszona czytać w ten sposób polską prasę - ale elektroniczne teksty nie pachną. Niedługo dotrze do mnie czytnik elektroniczny i ciekawa jestem, czy szybko go oswoję - przecież pachniał nie będzie.

Szelest, gładkość lub szorstkość, zapach - świeży lub przykurzony; grubość papieru, toksyczne piżmo farby drukarskiej, ciężar, format... Wszystko to składa się na książkę - papierową.

Gutenberg to był gość.



kadewu 10:04:24 20/09/2012 [komentarzy 2] Komentuj

Kaganiec oświaty

Od dziś Kadewu wytacza działa edukacji i sięga po kaganiec oświaty, by nałożyć go na ociekające wściekłą śliną paszcze młodzieży. Nauczać idę. Cztery godziny w tygodniu to niedużo, ale pozwala keep my hand in.

Miło być użyteczną.



kadewu 11:25:20 19/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Krwiobranie

Dawno się to nie zdarzyło Kadewu, oj, dawno. Otóż po wbiciu igły krew nie chciała lecieć - doktor S. była lekko skonfundowana. Nadeszły posiłki pod postacią jej medycznego męża, doktora V. Nakłuł mnie jak to się robi dzieciom - znalazł żyłę na nadgarstku. I co? Poleciało troszkę, wypełniła się jedna trzecia fiolki. I klops. "Zaraz wkłuje mi się pan w czaszkę", spróbowałam nieudolnie żartować, by obniżyć sobie poziom adrenaliny. Mój papa oraz siostra lubią sobie zasłabnąć przy pobieraniu krwi, zaś ja - cóż, ja nie jestem wielbicielką wbijania igły w żyłę.

Doktorostwo pokonferowali chwilę i odesłali mnie do laboratorium, tj. zrobili coś, czego pierwotnie mieli mi zaoszczędzić. 

Poszłam tam dziś, trafiając na tę samą pielęgniarkę w wieku emerytalnym, która pobierała mi krew w styczniu. Zrobiła to znowu doskonale.

Siedzę sobie na kanapie, mam w żyłach łącznie pięć dziur i filmowy siniak na lewej dłoni. W dawnych, polskich czasach źle nakłuwane żyły dość często zamykały mi się podczas pobierania krwi do badań. Nasłuchałam się wtedy, że jestem (negatyw) nierobem albo (pozytyw) księżniczką* itp. Znaczy, żyły mam głęboko schowane i delikatne. Zaletą mieszkania tutaj, w pępku Europy, jest to, że bez względu na to, czy krew ma ochotę wypełniać kolejne fiolki, czy też nie, nie usłyszę raczej grubego słowa ani od moich brytyjskich lekarzy, ani od belgijskich pielęgniarek. I to lubię.

*nie jestem ani jednym, ani drugim



kadewu 12:30:27 18/09/2012 [komentarzy 3] Komentuj

Pero bueno

Jestem po pierwszych zajęciach z hiszpańskiego. Było nas sześcioro. Moi belgijscy koledzy uśmiali się setnie, gdy usłyszeli nazwę mojego miasta rodzinnego - dla frankofońskich uszu Dąbrowa Górnicza brzmiała mniej więcej jak chiński.

Oczywiście powtarzaliśmy gramatykę - to jest temat na wiele wieczorów. Poza tym mam kupić podręcznik, no i zacząć korzystać z kursu. Terminy sprawdzianów już wyznaczone.

Zawsze na początku człowiek na tyle dobrych chęci... Pero bueno, vamos a ver.



kadewu 22:53:13 17/09/2012 [komentarzy 2] Komentuj

Dzień bez spalin

Dziś w Brukseli dzień bez samochodu. Zaleca się korzystać z komunikacji miejskiej i rowerów. No cóż, właściwie wszyscy się zastosowali... Znaleźliśmy nawet kupę konia na ulicy - znaczy, policja konna.

Przez większość czasu przemieszczam się z miejsca na miejsce za pomocą mięśni - chodzę i jeżdżę rowerem. Na dalsze odległości przemieszczam się po szynach. Czy przez to świat staje się lepszy? No pewnie. Są to również zachowania prozdrowotne, które być może pozwolą mi zostać o te kilka lat dłużej na tym najpiękniejszym ze światów.



kadewu 18:51:42 16/09/2012 [komentarzy 2] Komentuj

Waleczna

Maraton filmowy trwa; właśnie wróciliśmy z kina S. (kilkakrotnie już pisałam, że je uwielbiam; dziś po raz pierwszy Jot kupił sobie SAM popcorn) z seansu "Rebelle" (polski tytuł "Merida Waleczna", oryginalny "Brave"). To kolejna animacja Disneya, oczywiście we francuskiej wersji językowej.

Historia szkockiej księżniczki, która nad życie dworskie przedkłada galopowanie na wiernym koniu i strzelanie z łuku opowiedziana została w sposób perfekcyjny technicznie. Gdzie są granice animacji? Brak mi chyba wyobraźni, by odpowiedzieć na to pytanie... A sama opowieść? Dotyczy odpowiedzialności (za słowo - tutaj zaklęcie) i wolności, a także relacji między rodzicami i dziećmi. Czy warto stosować przymus? Czy należy nawracać innych na swoją modłę? Myślę, że znacie już odpowiedź.

Wizualnie film skojarzył mi się z "Jak wytresować smoka", ale jest jeszcze doskonalszy; robi po prostu kolosalne wrażenie.

Polecam dzieciom i rodzicom. Maluchy musicie trzymać za rączkę - niedźwiedzie atakują!

http://www.disneystore.fr/rebelle/mn/1406503/?CMP=OTL-DOLFR&att=brave



kadewu 18:21:38 16/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Belgijski żółw. Sammy 2

 Ten film obejrzeliśmy jeszcze  w połowie sierpnia... Belgijska animacja dla dzieci - to brzmi dość egzotycznie, bo i historia egzotyczna. Żółw Sammy jest już dorosły i ma własne dzieci. Niestety, Sammy i jego przyjaciel Ray zostają złowieni, by stać się ozdobą imponującego oceanarium w Dubaju zarządzanego przez żądnego zysku dyrektora (podły, ukrywa łysinę!). Maluchy Ricky i Ella zrobią wszystko, by tatę i dziadka uwolnić. Oczywiście zwyciężą - dzięki współpracy z ośmiornicą i mątwami, choć na ich drodze stanie demoniczny konik morski, capo di tutti capi oceanarium, które rajem jest tylko z pozoru...

Wizualnie rzecz jest znakomita, co potwierdza zachwycony 6-latek. A dlaczego Belgowie robią filmy o ciepłych morzach? Bo za nimi tęsknią.

Polecam!

http://www.cinenews.be/Movies.Detail.cfm?MoviesID=9601&lang=fr



kadewu 14:29:48 16/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Dla Matki Natury

Nasze myśli (Jota i moje) często zaprząta Matka Natura. Jesteśmy jej częścią i musimy o nią dbać; nie niszczymy roślin, nie dręczymy zwierząt, nie śmiecimy... Dziś wybraliśmy się do naszego lokalnego kina S. na amerykańską animację "Lorax", która okazała się być filmem o ekologii.

Tytułowy Lorax to leśny stworek, strażnik lasu - gardien de la foret. Niestety, powodowani chciwością ludzie karczują las do ostatniego drzewa. W obliczu katastrofy ekologicznej tworzą sztuczny raj - plastikowe miasto ze sztucznymi drzewami, gdzie ludzkość znajduje schronienie. Jest jednak pewien chłopiec, Ted, który marzy o tym, by zobaczyć prawdziwe drzewo. Szczególnie, że o tym samym marzy jego rudowłosa sąsiadka Audrey.

Powrót do natury skończy się sukcesem, zaś z całego - uroczego - filmu warte zapamiętania są słowa Audrey, że od sztucznego oczyszczania powietrza lepsza jest fotosynteza...

http://www.cinenews.be/Movies.Detail.cfm?MoviesID=8531&lang=fr

http://www.theloraxmovie.com/index.php



kadewu 19:06:46 15/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Polityka porozumienia

Kiedy mijałam grupę młodzieży gromadzącej się jak zwykle popołudniami naprzeciwko naszego małego centrum handlowego S., usłyszałam, jak tutejsi młodzieńcy dyskutują o polityce. Padło bowiem nazwisko premiera Belgii.

Urzędujący od 6 grudnia 2011 premier jest z pochodzenia Włochem, z przekonania socjalistą. To jedyny w ciągu 541 dni kryzysu rządowego w Belgii negocjator, którego dyplomatyczne talenty pozwoliły ostatecznie pogodzić skłócone partie i stworzyć rząd. Elio di Rupo słynie ze swoistej elegancji - w sytuacjach oficjalnych nosi zawsze czerwoną muchę. Jest też gejem; w latach 90. dawny partner wytoczył mu sprawę sądową, oskarżając go bezpodstawnie o kontakty z nieletnimi. 

To ciekawe, że krajowi, którego flaga składa się z trzech różnokolorowych części do sprawnego funkcjonowania trzeba było tęczowego premiera, który nie jest ani Walonem, ani Flamandem, ani Niemcem.



kadewu 13:06:28 15/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Lunęło

Otwarły się niebiosa i wróciła belgijska pogoda. Nie ma rady; trzeba zabrać się do nauki, sprzątania itd. Koniec lata.



kadewu 11:36:53 11/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Sac de piscine

Czyli worek ze strojem i przyborami na basen. Basen jest teraz w czwartki. Tj. dla DUŻYCH jest w czwartki.

Siedzę sobie z Jotem na podwórku szkolnym, w czwartek właśnie, czekając na dzwonek, po którym dzieci ustawiają się w pary, a rodzice znikają. Po mojej lewej dziewczynka z innej pierwszej klasy.

- Zobacz, jaki mam fajny worek - mówi.

- A zobacz mój - chwalę się i pokazuję jej Jotowy sac de piscine z wizerunkiem strażaka Sama. Widzę w jej oczach błysk zazdrości.



kadewu 19:11:15 9/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Idzie jesień

 Późne lato i jesień kojarzą się z nauką - czas zacząć kursy. Zaczęłam już francuski, a w poniedziałek zapewne wystartuje hiszpański. Profesor jest Chilijczykiem, a w grupie ma nas być pięcioro - to luksus.

Co najciekawsze, teoretycznie mam taką samą znajomość obu języków - B1, ale mówić po hiszpańsku jest znacznie łatwiej, nie tylko ze względu na przyjazną fonetykę tego języka, ale i swobodny szyk zdania. W porównaniu z nim francuski wydaje się sztywny i przeregulowany... Jednak francuskojęzyczny dziadek, jak i potomek zobowiązują - biorę się zatem do roboty.

Ciężki los anglisty na obczyźnie.



kadewu 12:35:18 9/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Pierwsza palma

Pierwsza palma

Kiedy jedzie się nad Morze Śródziemne samochodem, w pewnym momencie następuje ta wielka chwila, gdy naszym oczom ukazuje się pierwsza palma. Rok temu ten widok egzotycznego drzewa na zboczu góry zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. W tym roku byłam już na ten - absurdalny dla człowieka Północy - widok lepiej przygotowana, ale i tak wyrwało mi się "o!". Tym razem była to palma przy autostradzie biegnącej przez hiszpańskie góry. Na miejscu,w Alicante, było tych palm oczywiście znacznie więcej przy reprezentacyjnym deptaku Explanada de Espaňa oraz przy głównych alejach.

Była to moja pierwsza wyprawa do Hiszpanii. Autostrady okazały się warte ceny, jaką płaci się za podróż nimi, zaś premią były spektakularne widoki - trasa z Francji wiedzie przez górzystą Katalonię i Walencję. Do samego celu jechaliśmy już jednak bezpłatną trasą ekspresową. Widoki - wzniesienia, przełęcze, przepaści Gór Betyckich - oszałamiały surowym pięknem.

Alicante leży w Walencji. Języki urzędowe te wspólnoty autonomicznej to hiszpański (kastylijski) oraz walencki, w rzeczywistości tożsamy z katalońskim. Muszę przyznać, że dzięki samouczkowi, o którym pisałam w czerwcu, i intensywnej powtórce, jaką w związku z tym sobie zaordynowałam, byłam w stanie skutecznie komunikować się po hiszpańsku. Polecam tę opcję jako rozsądniejszą niż próby rozmawiania w restauracji czy kasie biletowej po angielsku. Strony internetowe, na których rezerwuje się hotele, pełne są negatywnych opinii pozostawionych przez Brytyjczyków rozczarowanych faktem, że nikt ich nie rozumie...

Swoją nazwę to portowe miasto zawdzięcza napływającym tu od VIII w. osadnikom arabskim (Alacant - miasto światła). Jeszcze wcześniej rozwijało się tu osadnictwo greckie i rzymskie. Wpływy kultury wschodniej dostrzeżemy dziś nawet we współczesnej architekturze blokowisk np. pod postacią zdobień-arabesek, ale miejscem, którego nie wolno nie odwiedzić jest zamek św. Barbary - dawna warownia Maurów. Położony na samotnej górze wyrosłej ni stąd, ni zowąd blisko brzegu morza wyraźnie dominuje nad miastem i w przeszłości stanowił doskonały punkt obserwacyjny. Aby dostać się na zamek, można za niewielką opłatą (2,4 euro) skorzystać z windy, która błyskawicznie pokonuje 166 m różnicy poziomów. Na górze czekają nas olśniewające widoki (co za panorama!) i zwiedzanie surowych wnętrz zamku (wystawy czasowe płatne). Trafiliśmy na "Piratów z morza" - wystawę, dzięki której nauczyliśmy się rozróżniać piratów od korsarzy oraz dowiedzieliśmy się, że i Polacy bywali sprzedawani do niewolniczej pracy w Afryce. Przy panującym na górze upale oscylującym wokół 40 stopni Celsjusza prawdziwym błogosławieństwem była możliwość napicia się mrożonego soku pomarańczowego (granizado).

Leżące na Costa Blance Alicante nie jest na szczęście głównym ośrodkiem turystycznym Hiszpanii; centrum tego dużego miasta nie wypełniają zagraniczne tłumy. Na plaży nietrudno o Skandynawów czy Anglosasów, ale przeważają Hiszpanie z Kastylii. Plaże biją na głowę Lazurowe Wybrzeże: codziennie sprzątane, oferują boiska do piłki nożnej czy siatkówki, małpie gaje dla dzieci, dostępny za darmo sprzęt plażowy itd. Przy wejściu na deptak nad samym morzem tablice świetlne informują nas o temperaturze wody, powietrza i nasłonecznieniu; na zgłodniałych plażowiczów czekają pobliskie bary i kawiarnie. O ile już plaża del Postiguet wydała mi się cywilizowana i wygodna, o tyle plaża San Juan zbliżyła się do mojego ideału. Oferując te same udogodnienia, okazała się znacznie szersza od del Postiguet. Jedynym kłopotem - a zarazem dodatkową atrakcją - była konieczność 15-minutowego dojazdu na miejsce (przystanek: Plaza La Coruňa lub San Juan) tramwajem linii 3, który - niczym metro - zaczyna bieg pod ziemią (przystanek Lucentum). Tramwaj jadący po torze o szerokości 75 cm jest supernowoczesny, klimatyzowany, no i naturalnie dofinansowany przez Unię Europejską. Bilety (1,8 euro) można kupić tak na stacji początkowej, na kolejnych przystankach, jak i w automatach w tramwaju, a kontrolerzy są na tyle wyrozumiali, że czekają, aż niezorientowani turyści zakupią bilet podczas jazdy.

Przy prowadzącym do plaży Postiguet bulwarze Explanada de Espaňa wieczorami grywała miejscowa orkiestra. Tutaj także odbywały się kiermasze stałe - gdzie można było kupić typowe dla regionu pamiątki (wachlarze w tym klimacie wydają się niezbędne) oraz czasowe - promujące publikacje rozmaitych wydawnictw. I choć nie da się w nadmorskich miejscowościach uniknąć estetycznej tandety, to szmira miała w Alicante ograniczone pole rażenia: wszystkie budki wyglądały tak samo i były koncesjonowane przez urząd miejski.

Inną miejscową atrakcją jest położona w głębi miasta hala targowa - przypominający Hale Mirowskie El Mercado Central. Zależnie od kondygnacji możemy kupić tutaj niedrogo świeżutkie ryby, owoce i warzywa albo odzież i lokalne wyroby - tu najlepiej zaopatrzyć się w wykonane przez walenckich rzemieślników wachlarze.

Nie jest jednak aż tak pięknie, jak by się wydawało. Telewizja na bieżąco donosiła o protestach górników w Madrycie; demonstracje pojawiły się także w samym Alicante (w oczy rzuciła mi się czarno-czerwona flaga szykujących się do przemarszu anarchistów). Nie ma pracy. Kupienie świeżego soku pomarańczowego - rzecz banalna w Brukseli - tu graniczy z cudem, ponieważ nikt nie zbiera już owoców ze słynnych ogrodów pomarańczowych Walencji. Przestało się to opłacać. Na ulicach widać sporo żebrzących osób. Oto napis, jaki postawił przed sobą jeden z bezrobotnych: "Jestem Hiszpanem. Straciłem pracę. Przez 15 lat byłem kelnerem. Proszę o 20 centów na obiad". Nie jest to widok przyjemny - Hiszpania stoi przed wielką recesją, zaś sytuacja Walencji jest na tyle zła, że lokalny rząd rozważa rezygnację z autonomii w zamian za oddłużenie przez rząd w Madrycie. Długi wynikają z przeinwestowania w okresie prosperity, ale także z decyzji ekonomicznych podejmowanych przez lokalne rządy bezmyślnie - i naznaczonych korupcją. Z drugiej strony spadające ceny nieruchomości z pewnością zachęcą zamożnych turystów do inwestowania w apartamenty w tym pięknym miejscu.

Dla przyjezdnego z Brukseli różnica cen jest ogromna - tak rachunki w sklepie, jak i w restauracji są mniej więcej dwukrotnie niższe. Obsługa jest przeważnie sprawna i sympatyczna, co silnie kontrastuje z tym, co czeka klientów sklepów lub restauracji w centrum Europy. Większość Hiszpanów pracuje od dawna w sektorze usługowym, a jest on szczególnie wrażliwy na zmiany koniunktury... Wybór barów i restauracji mamy ogromny - oferują one przysmaki z całego świata, ale z pewnością warto spróbować lokalnych specjałów, takich jak paella z owocami morza (krewetki, langusty), białe wino cava (hiszpański odpowiednik szampana) i czerwona rioja. Warto też skosztować lokalnych oliwek (aceitunas) z rozmaitym nadzieniem; spory ich wybór oferują miejscowe sklepy. Wielbiciele ryb i owoców morza mogą skusić się na wyprawę na wyspę Tabarca (Nueva Tabarca), maleńką wysepkę, która - choć oddalona od Alicante o blisko godzinę drogi stateczkiem - stanowi część administracyjną miasta. Tę niegdyś zamieszkiwaną przez piratów wyspę obrastają nastawione na turystów restauracje i bary, w których podaje się świeżutkie, bo prosto z morza małże, langusty i ryby. Znajdziemy tu również muzeum (nieczynne w poniedziałki i wtorki), niewielki kościół oraz sklepiki w pamiątkami i sprzętem do plażowania. Wyspa jest kamienista, z wyjątkiem rezerwatu niemal pozbawiona roślinności, stąd w słoneczny dzień temperatury mogą być bardzo wysokie - warto pamiętać o kremie z filtrem 50...

Wyjechałam z Alicante z wiarą, że jeszcze tam kiedyś wrócę, bo urzekło mnie zarówno naturalne piękno Białego Wybrzeża, jego zaplecze turystyczne, jak i nienachalna uprzejmość mieszkańców miasta. Chciałoby się życzyć mieszkańcom Walencji, jak i reszty Hiszpanii wszystkiego dobrego i więcej szczęścia do rządzących.



Do zobaczenia:

Casco Antiguo (starówka),
Ayuntamiento - ratusz: (http://www.inspain.org/es/sitios/ayuntamientodealicante.asp)
Concatedral de San Nicolas - katedra św. Mikołaja: http://www.diocesisoa.org/concatedral.php), oba barokowe;
Castillo de Santa Barbara - zamek św. Barbary (http://sientealicante.com/castillo-de-santa-barbara/),
wyspa Tabarca (http://www.alicanteturismo.com/adaptingContenidos/muestrausuario.asp?idNodo=6; rejsy tam i z powrotem kilka razy dziennie)

Do wypróbowania:
kuchnia regionalna - Doňa Maria (https://plus.google.com/107520185762645307175/about?gl=US&hl=pl), kuchnia śródziemnomorska - Prego (http://restauranteprego.es/index.php/es/nuestro-restaurante.html); ceny posiłku dla jednej osoby - od 10 euro.
Strona miasta: http://www.alicante.es/

Praktyczne wskazówki:
noclegi od 20 euro/pokój 1-osobowy w hostelach (www.booking.com ), polecam Guesthouse Alicante (http://www.guesthousealicante.com/)

 

 



kadewu 20:44:37 8/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Pieniądze za nic

Ta piosenka chodzi za mną od lat, od 1986 r. - wtedy w telewizji i radiu sporo było Dire Straits - rok wcześniej ukazał się album "Brothers in Arms". Lider zespołu i kompozytor "Money for nothing" jest mi jakiś sposób bliski - jest autorem słów i melodii, które bardzo mnie poruszały. Choć żałuję, że Dire Straits nie istnieje, i choć solowa droga Marka Knopflera (rocznik moich rodziców) rozeszła się w pewnym stopniu z moim gustem muzycznym, nadal uważam go za jednego z największych twórców melodii z muzyce rockowej. Choć jest leworęczny, gra prawą ręką, bez kostki; z wykształcenia anglista, urodzony w Szkocji węgierski Żyd po ojcu i Anglik po matce.

Można powiedzieć, że to tłumaczenie zajęło mi 26 lat, bo zaczęłam je  jako dwunastolatka. Wczoraj w końcu usiadłam nad nim z silnym  postanowieniem, że doprowadzę je do stanu używalności.

Mark Knopfler opowiadał, że do napisania tego tekstu zainspirowała go scenka podpatrzona w sklepie AGD. Jeden z pracowników oglądał na ekranie telewizora program muzyczny i komentował go słowami, które Knopfler pośpiesznie zapisał na świstku papieru, a które znajdziemy w gotowej piosence. Przy czym nie są to słowa krytyki; pracownik sklepu był pełen podziwu i zazdrości wobec tych, którzy - jak sądził - "robią tak, żeby się nie narobić, a zarobić".

Dzisiaj, w epoce kultu pustych w środku celebrytów, tekst nabrał innego, bardziej krytycznego wydźwięku.

Tekst i muzyka: Mark Knopfler, 1985

Pieniądze za nic

Popatrz na tych czubków, tak się właśnie robi
Gdy na gitarze w telewizji grasz
To nie jest praca, właśnie  tak masz robić
Pieniądze za nic, laski darmo masz
To żadna praca, tak się właśnie robi
Musisz wiedzieć - oni mają łeb.
Nakleisz plaster na mały paluszek,
A drugi plaster naklej se na kciuk

Instalujemy mikrofalówki
Kuchnie na wymiar, dowóz w mig
Musimy nosić te wszystkie lodówki
Musimy nosić też TV

Zobacz no pedzia: kolczyk w uchu, szminka
To nie peruka, stary, to jest jego fryz
Ten mały pedzio ma swój odrzutowiec
Ten mały pedzio na milionach śpi

Żal, na gitarze wcale grać nie umiem
Żal, że nie umiem na perkusji grać
Patrz, jak ta laska się pręży do kamery,
No, dawaj, mała, zabawimy się
A ten co wyprawia, hawajskie przyśpiewki?
Wali w tamburyn jak jakiś król małp
To żadna praca, tak się właśnie robi
Pieniądze za nic mieć i lasek tłum
Chcę własny, chcę własny program mieć
Chcę własną, chcę własną stację mieć...

Tłum.: Kadewu





kadewu 14:56:56 8/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

W hołdzie Katalonii

Wczoraj spędziłam 2 godziny na placu zabaw w towarzystwie A. i jej synka, przyjaciela Jota, czyli N. Słonko jeszcze prawie letnie, można by zapomnieć, że mamy wrzesień i lada chwila się rozpada.

Pierwszaki grały w piłkę, matki rozmawiały. A. pochodzi z Barcelony, więc mówi po katalońsku i kastylijsku. Miałam więc ćwiczenia praktyczne z kastylijskiego, to jest hiszpańskiego. To jedna z zalet mieszkania w pępku Europy - można tu znaleźć konwersacje z dowolnego języka.

 



kadewu 09:19:53 7/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Wielka szkoła

"Super! Jestem w wielkiej szkole. Będę się uczył czytać i liczyć".

To pierwszy tekst w pierwszej klasie.



kadewu 09:08:37 5/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Nowy rok

Szkoła odświeżona, plac zabaw - obsiany trawą. Jot ma klasę na I piętrze, co już samo w sobie jest awansem. Wychowawczyni, pani D., zaprowadziła trochę przerażone dzieciaki pod salę.  W klasie tylko troje przyjaciół z poprzednich lat - wymieszano trzy klasy przedszkolne. Może to i lepiej.

Wszystko świeże, plecaki czyste, ołówki zastrugane. Głowy otwarte.

Jak dobrze zaczynać, jak dobrze mieć czystą kartę.



kadewu 09:15:40 3/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Pierwszy września

Pierwszy września został przeze mnie uczczony - przyśniły mi się działania wojenne. J. nie ma takich obciążeń,  pierwszy września nie będzie mu się kojarzył ze słowami "Przeszedł - koma trzy..." ani "Kiedy przyjdą podpalić twój dom..."*. Tym niemniej do szkoły iść trzeba, więc skompletowaliśmy dziś wyprawkę z listy, którą szkoła sprezentowała nam w czerwcu. Z rzeczy egzotycznych - w miejscowej księgarni udało mi się dokupić ardoise, czyli tabliczkę suchościeralną do nauki pisania.

To poważna sprawa - iść do szkoły.

Mnie to się zdarzyło 31 lat temu**. Nie podobało mi się i nie chciałam tam wracać drugiego września. Instynkt mnie nie mylił.

Przez 17 lat system edukacji wielokrotnie udowodnił, że jest moim wrogiem, i że byłby szczęśliwszy beze mnie.

Potem stałam się częścią tego systemu. Jeśli skrzywdziłam któregoś z moich uczniów lub studentów - proszę, niech mi wybaczą.

Oby J. nie miał takich doświadczeń; wierzę, że długo jeszcze będzie się cieszył, idąc rano do swojej do szkoły, w której każde dziecko jest inne i żadne nie jest gorsze.

*Antoni Słonimski, Władysław Broniewski

**a był to wtorek... pisałam już kiedyś o moim szkolnym pechu do wtorków



kadewu 19:07:38 1/09/2012 [komentarzy 0] Komentuj





[201218] ||Strona Główna
[4] ||
Księga Gości
[Dodaj do Księgi]


Dodaj do Ulubionych
Kadewu żyje, by czytać i czyta, by żyć. W pozostałym czasie rozmyśla i śpi. Mówi rzadko. Rocznik 1974.



Archiwum

2017
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2016
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2015
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
2014
Grudzień
Listopad
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2010
Grudzień
Wrzesień
Sierpień



Ulubieni




Linki

kultura w Brukseli
piękny blog


kadewu
JEDNYM OKIEM: Uwagi Kadewu na temat otaczającego ją świata z uwzględnieniem wynalazku pisma. Czyta jednym okiem, bo drugie nie działa.