Wiosna. Kolby kasztanowców nadal straszą młodzież... Pod Komisją Europejską przy ulicy Trone królują te różowe, odporne na szrotówka, ale ja wolę takie:

Rozkwitły też róże jadalne, te same, z których robi się dżem; to chyba moje ulubione kwiaty. Nieoczekiwanie znalazłam je pod kliniką St. Luc:

Nadszedł czas na opisanie wrażeń z lektury "Tajnego dziennnika" Mirona Białoszewskiego. Dotąd wspominałam, że go czytam. Teraz spróbuję to podsumować, jeśli zdołam.
Tom jest tłusty - w ub. miesiącu publikowałam fotkę tej cegły. Jest to książka bardzo wyczekiwana, jako że na życzenie poety zapiski te zostały utajnione. Z jakich powodów? Zapewne obyczajowych i towarzyskich.
Dziennik dokumentował schyłek życia Mirona, tj. lata 70. i 80. XX w. (1975-1983). Są to czasy, kiedy Białoszewski cieszył się już statusem twórcy uznanego, stosunkowo zamożnego (choć do wartości materialnych przywiązany nie był), a jednocześnie zaczynał chorować i odczuwać upływ czasu. Pisze o utracie włosów, zębów, urody, o tyciu. Umierają mu kolejno rozwiedzeni rodzice, ojciec na serce, matka na raka. Są przy nim przyjaciele zaplątani w dość skomplikowane układy towarzyskie (niekoniecznie rozmawiają ze sobą wzajemnie). Jest dawna wielka miłość i towarzysz życia, obiektywnie nieznośny Leszek Soliński, i są pomniejsi towarzysze, już bardziej dochodzący (mitoman i pijak Jot), no i są anonimowi chłopcy na jeden raz. Zastanawiałam się, czy te homoseksualne wtręty mogą dziś kogoś szokować czy odstręczać. Oczywiście zakładam, że czytelnik przede wszystkim postrzega dzieło. Jednak w przypadku Białoszewskiego cała jego twórczość jest zapisem jego życia, zaobserwowanego czy podsłuchanego, a zatem biografizm nie jest to od rzeczy. Jednak poezja i proza Białoszewskiego nie są ani homoerotyczne, ani erotyczne- przynajmniej w potocznym sensie. Dla mnie są po prostu wrażeniowe - są to impresje z życia. Dlatego czytelnik znający dzieło, a nie biografię, może odczuwać zaskoczenie tym, że autor "Dziennika" wykłada pewne rzeczy wprost. Trudno zresztą być nieszczerym we własnym pamiętniku. Dlatego też pojawia się tu m.in. wzmianka o sprzedawcy pornografii i uzależnieniu od leków pobudzających.
W dziele znajdziemy całą plątaninę myśli, uwag, tematów, impresji. Są prości ludzie (rodzina), są znani twórcy. Jest literatura wysoka, są też opinie o kryminałach. Pojawiają się opowieści o UFO, uczestniczy się też w wykładach o psychotronice czy astrologii (Lech Emfazy Stefański). Jednak talent i wrażliwość Białoszewskiego objawiają się w tym właśnie, że ten melanż jest i strawny, i na swój sposób logiczny.
Podobnie jak w przypadku większości prozy Białoszewskiego, główną bohaterką jest tu Warszawa. Warszawa zakopana w śniegu podczas zimy stulecia, Warszawa z wybuchająca rotundą PKO, Warszawa dworców, sklepów nocnych, blokowisk i komunikacji miejskiej. Oczywiście Miron porzuca czasem swoje miasto urodzenia, aby odwiedzić mamę w Garwolinie, przyjaciółkę Halinę w Gdańsku (pojedzie z nią aż do Egiptu), aby wybrać się po nagrodę do Nowego Jorku czy na kongres do Skopje. Ale i tak Skopje będzie mu przypominać Piaseczno, a Nowy Jork - Sochaczew. Podstawowym instynktem życiowym Białoszewskiego było bowiem oswajanie świata we wszelkich jego przejawach, zbliżanie go do pierwotnego modelu, jaki poeta znał. Modelem tym była Warszawa z okolic Leszna (Wola), a w szerszym sensie - Mazowsze.
Zastanawiałam się właściwie, czego szukałam w "Dzienniku". Na pewno nie sensacji obyczajowych - orientacja Białoszewskiego nie była dla mnie tajemnicą. "Pamiętnik" nie różni się znacznie od reszty jego "życiopisania" pod względem doboru tematów czy stylu. Właściwie w każdym dziele Białoszewski jest twórcą totalnym w sensie: jest całym sobą w tym dziele obecny, choć w różnych aspektach. Zatem co różni "Dziennik" od reszty twórczości Mirona? Otóż moim zdaniem różnica jest dość subtelna. Na kartach pamiętnika pojawiają się z rzadka, ale dość konsekwentnie - wśród opisów i impresji - oceny i recenzje. Mowa zarówno o dziełach (tu krytyka jest nierzadka), jak i osobach (celne uwagi dotycząc czyjegoś postępowania czy wyglądu). Przy czym nie oszczędza się tu siebie samego. W swej pozadziennikowej prozie Białoszewski oferował nam swoje impresje z wydarzeń, spotkań, snów, rozmów - przefiltrowane przez swoją wrażliwość i osobowość, a jednak maksymalnie obiektywnie. Miron jest jednocześnie podmiotem i przedmiotem wydarzeń, a jednocześnie ich kronikarzem, więc jest to obiektywizm wielce subiektywny, a jednak rzadko nasycony oceną. Tutaj niczego się właściwie nie odrzuca. Rzeczywistość zawsze jest u Białoszewskiego warta opisu. Na początku kariery mentor Białoszewskiego, wpływowy krytyk Artur Sandauer, przypiął mu łatkę turpisty, nazywając jego dzieło "poezją rupieci". Ta ocena była nośna, lecz w dużej mierze błędna. Białoszewski był piewcą bytu albo rzeczywistości - i nie było jego winą, że lata jego twórczości przypadły na czasy niezbyt estetyczne. Miał zresztą dobry i pozaliteracki gust, który doceniali obdarowywani drobiazgami z podróży jego znajomi. To nie rupiecie, to Polska powojenna.
W ogromnej ilości materiału zdarzają się zdania-perły, które wynotowałam sobie jako swoiste motta. Oto przykłady:
"Do wiersza trzeba być sprężonym. Prozę - jak jest jako tako - zawsze można pisać".
"W Polsce epoka stadnych uczuć i poglądów. Przypomina się - za przeproszeniem - stado bizonów , coś ze 300 tysięcy, które sto lat temu leciało, leciało i szereg za szeregiem zaczęło wpadać w przepaść. Pierwsze szeregi nie wyczuły w porę. Były zresztą pchane przez dalsze. Zabiły się kolejno wszystkie."
Białoszewski brzydził się i unikał chodzenia ze stadem; nie dał się uwieść żadnej ideologii. Dostrzegał jednak w Polakach potrzebę stowarzyszania się wobec wspólnego wroga lub autorytetu. W "Dzienniku" też znajdziemy kilka uwag o papieżu Janie Pawle II wraz z wątpliwościami dotyczącymi jakości jego poezji i dramatów ("zapewne są złe, bo dlaczego miałyby być dobre").
Zastanawiałam się, jak ja - rocznik 1974, a więc dobrze pamiętający czasy PRL - mogłabym zachęcić młodszych czytelników do przeczytania "Dziennika", a potem - reszty utworów Białoszewskiego. Zacznę tak: mamy do czynienia ze zjawiskiem wyjątkowym. Ta twórczość jest tak zwykła, że uderza czytelnika jako niezwykła. Co ciekawego może być w opisaniu codzienności? Czy można zrobić to tak, by czytelnik nie mógł oderwać się od lektury? Ano tak. Rzecz to tego niezbędna nazywa się talent.
Czego nie znajdziecie u Białoszewskiego - ani tu, ani nigdzie indziej w jego prozie i poezji? Otóż - po pierwsze i najważniejsze - na poziomie fabuły nie ma tu fikcji. W sensie stylu - brak patosu, uniesień postromantycznych, taniego patriotyzmu ani mesjanizmu. Białoszewski jest skrajnie egocentryczny - przecież pisze wyłącznie o sobie! - ale w ogóle nie jest egoistyczny, nie ma też przekonania o własnej wyższości. Znany ze swej osobności Białoszewski nie tylko życiem, ale i twórczością udowadnia, że jest i w Polsce miejsce dla osoby i dzieła, które wymagają się wszelkiemu zaszufladkowaniu.
Podsumowując - czytajcie. Od śmierci Mirona B. minie w przyszłym roku 30 lat. Nie stworzył oczywiście żadnej szkoły, nie ma następcy. Warszawa chyba zapomniała o swoim kronikarzu. Jest co prawda święto Tarczyńskiej obchodzone na cześć współtworzonego przez Mirona teatru (http://www.urzadochota.waw.pl/page/index.php?str=83), tym niemniej Teatr na Tarczyńskiej był wspólnym projektem Stefańskiego, Białoszewskiego, Heringa, Murawskiej i kilkorga innych osób. Może 30-lecie śmierci będzie okazją, przy której miasto uhonoruje swojego nietypowego kronikarza?
Zimny maj. Jednocześnie kwitną kasztanowce i bzy. Te pierwsze - wiadomo, postrach młodzieży ostatnich klas szkoły średniej. Zielone, rozcapierzone dłonie liści trzymają białe, dumne świece. A na bzach - kolby kwiatów, stożki. I te, i tamte jeszcze jędrne, bo bardzo długo rozkwitały, a słońca nadal brak.
Niestety, nie da się zatrzymać chwili i wkrótce z białych świec kasztanowców pospadają płatki, a kolby bzów przeżre rdza.
A zieleń taka ciemna, soczysta od deszczów.
Dziś znowu szłam przez małą Palestynę. Te sklepiki, rytualne rzeźnie, baby w chustach, chłopy na rogach ulic... I tak im powolutku płynie życie.
W drodze powrotnej okazało się, że pociąg metra mojej linii jest "bloque". Podjechałam linią równoległą do przystanku M., przeszłam kolejną stację spacerem i wsiadłam w tramwaj. Tramwaje lubię, i to bardzo.
Zmęczenie dopadło mnie już w domu, niezawodne, choć myślałam, że tym razem odpuści.
Po zakończonym tłumaczeniu powrót do opasłego pamiętnika Mirona. Powiedzmy, że kończę.
Białoszewski opisuje swój literacki wyjazd do Macedonii. Obok niego inni polscy pisarze, w tym poeta B. z Krakowa. Miron słucha opowieści o jego córkach. Darzy go chyba sympatią, bo tamtej raczej nie narzuca mu swego towarzystwa.
A mnie przypomniał się wieczór autorski Olgi Tokarczuk w 1995 w Krakowie. I dziewczyna z publiczności przedstawiająca się pisarce jako córka poety B.
Malutka ta nasza kulka.
Jutro skończę tłumaczenie kolejnej książki. Lubię tłumaczyć książki, bo wtedy niejako się uwieczniam: moje nazwisko będzie widniało na okładce itd. Ale warunkiem jest, by książka była dobrze napisana. Tym razem styl jest raczej nie najlepszy.
Tłumacz żyje głównie perspektywą jutra (jutro, do jutra muszę skończyć). Widzi, jak na zegarze komputera jutro zamienia się w dziś. Czasem czas ciągnie się jak guma, czasem mija błyskawicznie. Pamiętam takie ładne sformułowanie z jakiejś listy dyskusyjnej dla tłumaczy: "Terminy? Lubię patrzeć, jak z szelestem przelatują mi nad głową".
Często we śnie dalej opracowuję tekst. Zdarza się, że wpadam na właściwe albo lepsze tłumaczenie. Nie ma w tym nic dziwnego - kiedy śpimy, nasz mózg intensywnie utrwala w pamięci długotrwałej świeżo przyswojone treści. Dlatego dobrze się z trudnym tłumaczeniem przespać.
Dobranoc.
W poprzedniej notce wymieniłam nazwisko Walta Whitmana, XIX-wiecznego amerykańskiego poety. Zafascynowany był życiem, krążeniem energii we wszechświecie, zjednoczeniem jednostki z uniwersum. Tym, że po śmierci cząstki naszych ciał będą krążyć dalej w przyrodzie... To trochę buddyjskie podejście, trochę panteistyczne, a na pewno pozwalające czytelnikowi tej poezji popatrzeć na codzienne życie z kosmicznej perspektywy. Od lat prześladują mnie (albo dodają mi otuchy) słowa wiersza "Sing the Body Electric". "Opiewam ciało elektryczne..."

"When lilacs last in the dooryard bloom'd", pisał Walt Whitman. "Kiedy ostatnio na podwórzu kwitł bez". Piękny czas majowy. Najbardziej lubię biały bez, bo właśnie taki rósł na moim podwórzu. A jeśli chodzi o ten drugi bez - dziki - to choć straszono mnie w dzieciństwie, że jest trujący, bardzo mile wspominam jogurt z owocami bzu zjedzony przed laty w Heidelbergu.
Za początek wiosny uznaję dzień, gdy pojawiają się dżdżownice. Dzień, w którym mogę założyć sandały nie marznąc przy tym, utwierdza mnie w przekonaniu, że wiosna naprawdę przyszła.
Oba te dni miały miejsce w ubiegłym tygodniu, czyli bardzo późno.
S. dziś mi powiedziała, że we wtorek jej chihuahua skończył rok. Z tej okazji podano tort, zjawił się pies sąsiada i matka chihuahuy.