Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
kadewu JEDNYM OKIEM


Trzydzieści

Byłam na trzydziestych urodzinach pewnej przemiłej osoby. Mówią, że dla kobiety jest to jakaś granica - być może to prawda. Dla mnie nie była.

W przeddzień moich 30. urodzin miałam duże i wyczerpujące tłumaczenie ustne. Tym niemniej po przebudzeniu nie stwierdziłam nowych zmarszczek ani siwizny.

Od moich 30. urodzin przeprowadziłam się 3 razy, zostałam mamą Jota, a wcześniej żoną. Zamieniłam czasowo jeden kraj na drugi.

Numerologia.



kadewu 12:17:01 29/04/2012 [komentarzy 2] Komentuj

Śnił mi się

Dziadek. No i nie wiem, co z tego wynika. Na pewno coś wynika, bo nie śni mi się często.



kadewu 14:55:55 28/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Dla porządku

Muszę odnotować, że jest dziś ciepło, ok. 22 stopni. Wisi nad nami smog, przez który przebija się słońce. Jest też bardzo wilgotno i w ogóle nie ma wiatru.

Klimat umiarkowany morski i jego uroki.



kadewu 14:46:50 28/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Porażka

Wczorajsza pizza nie smakowała Jotowi. Przygotowaliśmy ją wspólnie, tj. on wyrobił ciasto i kładł dodatki, ja zajęłam się resztą. Ciasto wyrosło dobrze, sos pomidorowy firmy Miracoli był obłędny, tym niemniej Jot kręcił nosem. Cóż. Następnym razem zrobię pizzę nie drożdżową, ale ze zwykłego ciasta makaronowego.

Wspomniałam w poprzednim wpisie o legendarnym "Elementarzu gotowania" Ireny Gumowskiej, bo na to w pełni zasługuje. Jest to jedna z tych książek, do których wracam bez końca. Za to nudzi mnie fabuła, bo jej schematy są przewidywalne. Na półce mam teraz jeden pamiętnik (Miron B. - jestem w połowie) i 4 powieści, do których wrócę, gdy skończę tłumaczenie książki. Ale nie ma to jak literatura faktu albo książka kucharska.

P.S. Nie lubię gotować.



kadewu 12:14:04 28/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Pizza a la polacca

Pizzę nauczyłam się robić z pewnej uroczej książeczki Ireny Gumowskiej z 1988 r. Stoi na mojej półce nawet tu, w BXL. Jest pełna złotych myśli typu "jeśli uda nam się kupić parówki...", "czasem uda się kupić wołowinę bez kości". To dobry materiał dla tych, którzy tęsknią za minionym systemem i gospodarką niedoborów.

Drożdże w kostce rozgniatamy i wrzucamy do kubeczka z ciepłym mlekiem i szczyptą cukru. Przykrywamy. Ja ten garnuszek stawiam na odwróconej pokrywce garnka, w którym powoli podgrzewa się woda. Kiedy drożdże urosną tak, że chcą uciec z kubeczka, wlewamy je do miski, gdzie je mieszamy z 2 szklankami mąki i jajkiem. Dorzucamy coś aromatycznego, np. oregano. Po wyrobieniu ciasta stawiamy je tam, gdzie były drożdże, przykrywamy szmatką i pozwalamy rosnąć w cieple. Kiedy ciasto podwoi objętość, wrzucamy je do brytfanny lub innej formy, np. ze szkła żaroodpornego, wcześniej zwilżonego łyżką oleju i posypanego mąką czy bułką tartą.

Jestem teraz na etapie czekania. Jak wyrośnie, razem z J. położymy na wierzchu - w jeziorze z sosu pomidorowego z bazylią - francuskie oliwki, krążki belgijskich pomidorów, odtłuszczony ser leedameer, kawałki szynki z indyka i co tam jeszcze nam schnie w lodówce. Będziemy piec przez 25 minut, a potem zjemy z trzęsionką uszu.

 

 



kadewu 15:28:33 27/04/2012 [komentarzy 2] Komentuj

Sztormowo

Wieje tak, że głowę urywa na wysokości siedzenia. Słońce przebija się na sekundę, potem lu! wali grad, potem cisza, potem wiatr.

Umiarkowany morski - brzmi ładnie.



kadewu 12:55:48 26/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Renard

Spotkanie przy wynoszeniu śmieci. On - prysnął na mój widok i uciekł w uliczkę. Ja - patrzę, jak ginie w mroku jasnorude futro.

Lisy przychodzą żerować na workach śmieci, które w tej dzielnicy wystawiamy w poniedziałki i czwartki wieczorem.



kadewu 12:24:50 24/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Na zachód

Dziś świętowaliśmy urodziny koleżanki Jota z klasy. Zabawa odbywała się we Flandrii, a konkretnie w Limburgii, jakieś 45 minut jazdy od Brukseli. Cóż mieli robić rodzice 6-latka skazani na odczekanie 4 godzin w sali zabaw? Ano, zebrali się do pobliskiego miasta, zresztą najstarszego w Belgii:

http://www.tongeren.be/

Zdążyli jeszcze zobaczyć resztki brocante, czyli ogarniającego całe centrum pchlego targu, z którego miasto słynie.

Dotąd uważałam, że Flamadowie przeważnie mówią po angielsku lepiej niż Waloni (opłaca im się to - po co uczyć się francuskiego, gdy angielski otwiera im świat), ale próba zamówienia cafe latte w pewnej kawiarni na rynku skończyła się otrzymaniem kawy czarnej. Za to jabłecznik z lodami i śmietaną - pycha!

Na rynku stał sobie pomnik Ambiorixa, czyli belgijskiego Asterixa. Siedząc pod parasolami obserwowaliśmy, jak z nieba spadają strugi deszczu. Za chwilę się przejaśniło, a potem znowu lunęło - oto Belgia.

Pan kelner był młodociany, może jeszcze się rozkręci, czego mu życzę.



kadewu 16:49:44 22/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Gorąca kanapka

Miałam okazję przejść się (najpierw przebiec gorączkowym truchtem) przez dzielnicę zamieszkałą w dużej mierze przez Arabów i Polaków. Czarnookie dzieci, sklepy z wszystkimi cudami świata, rytualne rzeźnie. I jeden bar kanapkowy, którego nazwa przykuła moją uwagę - nazywał się bowiem Al Dżazira.



kadewu 10:54:37 20/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Mądrość

Tak, idę nauczać, idę nauczać. Ostatnio robiłam to w czerwcu 2010. Moi studenci ciągle mi się śnią, a dziś - śnili mi się maturzyści.

 



kadewu 10:52:11 19/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Do roboty

Dziś dzień bardzo wietrzny, głowę urywa, jak wczoraj. Ale może być ciekawie: spotykam się na meksykański lunch z J., która jest takim człowiekiem, jakiego chciałoby się spotykać nawet codziennie. O 17.00 idę popracować - ostatnio dojeżdżałam do domów uczniów chyba 1994 :-).

Potem biegiem na francuski - ciekawe, jak poszedł nam wtorkowy egzamin połówkowy.

Nuda, nuda, czyli dobrze.



kadewu 10:32:29 19/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Niech się święci

A potem odpisała pani profesor, która ma dla mnie termin 3 maja, no i dobrze. Czyli raczej dotrwam.

Ale i tak wolałabym, by leczył mnie dr House.



kadewu 14:20:28 18/04/2012 [komentarzy 2] Komentuj

Byle dożyć

Poczułam się jak w domu, tj. w kraju. Zapisałam się do lekarza-specjalisty, i dziś oddzwoniła jego asystentka. Proponuje początek października - ech, jakoś się doturlam.



kadewu 09:43:47 18/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Panna bazylia

Kupiłam w ubiegłą sobotę doskonałe ekopomidory z belgijskiej uprawy. Ciekawa rzecz, że tu produkty "eko" nie są wielokrotnie droższe od "nieeko"... A do pomidorów - bazylia.

Mam teraz bazylię w doniczce. Kupiłam ją w lokalnym spożywczaku, jakoś mi jej było szkoda. Kiedy szłam z nią do domu, pachniała jak szalona - chyba się bała. Jak inaczej może bronić się roślina? Róża z "Małego księcia" miała choć kolce.

Teraz rośnie u mnie w domu. Podskubuję ją na tyle rzadko, że ma się dobrze.

Chwilę temu dzwoniła siostra z informacją, że nasza stara bazylia w P. oddała ducha, po ponad dwóch latach. Zastanawiając się nad przyczyną, przeszukałam internet i dowiedziałam się ze zdziwieniem, że bazylia jest rośliną roczną. Ergo: bazyliom jest u mnie tak dobrze, że wyrabiają 200% normy.

 

 



kadewu 11:12:35 16/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Sezon

Kupiłam pomidory jeszcze z pewnym wahaniem. Były dostępne eko i zwykłe, z Hiszpanii - w dotyku identyczne, wzięłam więc tańsze. I o dziwo dadzą się już jeść - na surowo i w zapiekance.

Pomidory są magiczne, bo im dłuższa obróbka termiczna, tym więcej likopenu, który chroni przed nowotworami. Raz na jakiś czas lubię ugotować sobie mały garnczek zupy pomidorowej z listkiem bazylii i z kluseczkami lanymi bądź ryżem - i jeść ją przez cały dzień na rozgrzewkę.

Słowem - sezon pomidorowy rozpoczęty. Smacznego i zdrowego!



kadewu 17:33:26 11/04/2012 [komentarzy 4] Komentuj

Muzeum

Byliśmy w Muzeum Afryki Centralnej. Jest imponujące, imperialne. Zgromadzono tu, głównie w staroświeckich gablotach, tysiące eksponatów z dawnej kolonii belgijskiej. (Kiedy byłam mała, jego nazwa brzmiała Kongo, potem był Zair, a teraz znowu Kongo).

Kongo zostało do cna wyeksploatowane przez Belgów. Dysponentem tego olbrzymiego obszaru był król Leopold II, co doprowadziło do rabunkowej eksploatacji naturalnych zasobów kraju. Muzeum zaświadcza, jak bogata była kultura i hojna natura tych ziem. Maski, broń, totemy, stroje; węże, krokodyle, lwy, lamparty, antylopy, słonie.

Człowiek wychodzi stamtąd z mieszanymi uczuciami. Ma się wrażenie wielkiej, zorganizowanej kradzieży. Nieszczęsny słoń, długi na ponad 8 metrów zginął, by uświetnić Expo'58.

Muzeum niedługo zamknie swe podwoje w związku z remontem. Ciekawe, jaka będzie nowa filozofia tego miejsca.

Oficjalna strona muzeum we flandryjskim Tervueren jest tu:

http://www.africamuseum.be/home



kadewu 16:08:28 10/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Ulewa

Deszcz, zimny deszcz. Chciałoby się wyjść, ale nic z tego. Wiosna przykucnęła.

 

 



kadewu 17:03:11 9/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Odrodzenie

Wszystkim, w tym sobie, życzę odrodzenia na wiosnę.

 



kadewu 13:06:58 8/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Piraci

Właśnie wróciliśmy z kina, z filmu  Les Pirates ! Bons à rien, Mauvais en tout. Rzeczywiście, piraci to straszne gapy; nic im nie wychodziło, wszystko psuli. Ale oczywiście swój piracki honor mieli.

Z filmu dowiedziałam się też, że sterowce wymyślono po to, by zaglądać damom w dekolty.

Smaczki: jedną z postaci jest Karol Darwin sportretowany w momencie pewnego kryzysu kariery. Inna ciekawa persona to sama królowa Wiktoria - na przemian uwodzicielska i groźna.

A na końcu okazuje się, że przyjaźń najważniejsza - i co tam złoto.

Animacja twórców Wallace'a i Gromita - niezawodna.

Flaga na maszt!

 

http://www.cinebel.be/fr/film/1008210/Les%20Pirates!%20Bons%20%C3%A0%20rien,%20mauvais%20en%20tout



kadewu 16:01:08 4/04/2012 [komentarzy 2] Komentuj

Minął rok

Rok temu napisałam coś takiego:

"No i się stało. Po 10 dniach słonecznej pogody przyszedł deszcz. Kasztanowce wybuchły listkami. Są jeszcze zwinięte jak piąstki, ale palce rozwierają się, rozcapierzają. Wiosna".

A w tym roku - ten deszcz jeszcze nie spadł.



kadewu 20:34:49 3/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Opowiadanie. Różyczka

Kropki nie chciały znikać; wręcz ich przybyło. Mały brzuszek pokrył się cały różowymi cętkami. Nasza pediatra tego dnia nie przyjmowała; trzeba było pojechać do przychodni przyszpitalnej. Szpital św. Łukasza przypominał brzuch bestii, która połknęła całe zastępy zdezorientowanych Jonaszów. Po wstępnej  rejestracji i wydaniu identyfikatora pacjenta odesłano nas na oddział, z oddziału do izby przyjęć, a stamtąd do przychodni pediatrycznej, która mieściła się w malowniczym baraku. Jot usiadł na krzesełku w poczekalni i machał nogami.

- Gdzie ten doktor? - zamruczał. - Mamo, a czy on mnie zbada? Czy on mi da lekarstwo?
- Raczej tak.

Minęła nas właśnie czarna lekarka. Zniknęła w gabinecie po lewej; za chwilę wystawiła z niego głowę wyraźnie zapraszająco.

- Nie chcę iść do tej pani - jęknął Jot. - Boję się czarnych ludzi.
- Dlaczego? - wzięłam go za małą rączkę.
- Bo się boję ciemności.

Weszliśmy do gabinetu.
- Bonjour - powitała nas doktor Petunia Van der Walde, jak głosiła  plakietka przypięta do jej fartucha.
- Jeśli pani pozwoli, wolałabym przejść na angielski. - spróbowałam mojego najuprzejmiejszego uśmiechu.
- Proszę bardzo. Co my tu mamy? Jak dziecko ma na imię? - niewątpliwie chodziła do szkół z wykładowym językiem angielskim. Miała idealnie okrągłą głowę oraz robiący wrażenie biust.
- Jasław.
- Aha. - powiedziała z rezygnacją. - Co się dzieje? - mówiła powoli, jakby z namysłem.
- Chodzi o wysypkę. Zaraz pokażemy.

Rozebrany Jot ukazał wszystkie swoje cętki (- Mamo, co ta pani mówi?). Doktor obejrzała go z westchnieniem (-Tak).

Czas mnie naglił, ale siląc się na całkowity spokój i jednocześnie próbując opisać rzecz jak najbardziej przejrzyście zaczęłam:
- Pani doktor, przyszliśmy tu, ponieważ obawiam się, że to może być choroba zakaźna, a właśnie teraz, dzisiaj, wybieramy się na imprezę, gdzie będzie większe grono ludzi. Nie chcielibyśmy nikogo zarazić. Ale z drugiej strony... mały brał ostatnio pierwszy w życiu antybiotyk i być może zaszła reakcja alergiczna. Tak, jest alergikiem.

Petunia cmoknęła pochylając się nad Jotem, który nadal siedział na stole, który przypominał mi stały element wyposażenia lecznic weterynaryjnych. Taki z blaszanym blatem.
- Rzeczywiście, to wygląda jak wysypka, która występuje przy... zapomniałam, jak to będzie po angielsku - rubeole.
- Rubella? Też pomyślałam o różyczce. Przechodziłam ją mając sześć lat. Jasław ma pięć. Co prawda ja miałam tylko jedną czy dwie plamki.
- Czy był szczepiony?
- Tak.
- Czyli to mało prawdopodobne. Kiedy brał ten antybiotyk?
- Zaczął tydzień temu.
- A wysypka?
- Pojawiła się wczoraj.
- To nietypowe. Niech policzę, Środa, czwartek, piątek... To ósmy dzień, tak? Jeśli to reakcja alergiczna, to jest mocno opóźniona.

Doktor wyprostowała się zafrasowana. Biały fartuch odcinał się od jej bardzo ciemnej skóry. Odwróciła się do mnie z namysłem. - Poproszę o opinię kolegę, który jest dermatologiem. Ale pewnie zgodzi się ze mną, że to reakcja alergiczna.

Podeszła do drzwi gabinetu, otworzyła je i wrzasnęła w głąb drugiego pokoju: - Cheng! Chodź no tutaj, obejrzysz pacjenta. Będzie też okazja poćwiczyć angielski.

Dwie sekundy później pojawił się Chińczyk o rzedniejących włosach i odbyło się krótkie konsylium. - Uważam, że to alergia. Przypomina różyczkę, ale dziecko nie ma temperatury. - orzekł drugi lekarz i wrócił do siebie.

Usiedliśmy przy biurku, Jot na moich kolanach.

- Więc tak - powiedziała bardzo powoli doktor. - Istnieje badanie, które odpowie nam na pytanie, czy to rzeczywiście różyczka. Moim zdaniem ją wykluczy. Chce je pani zrobić?
- Tak, jak najbardziej. O to mi właśnie chodzi.
- Proszę - sięgnęła do szuflady biurka i przez dłuższą chwilę czegoś tam szukała. Następnie położyła na biurku dwa zestawy składające się ze szpatułki i małego pojemniczka. -Trzeba będzie pobrać wymaz z buzi. Ja już widzę, że on mi na to nie pozwoli. Nie będę nawet próbować. Niech pani spróbuje. Zrób tak - pokazała Jotowi w uśmiechu swoje perłowe zęby.

Jot po krótkich negocjacjach otworzył buzię i udało mi się przeciągnąć patyczkiem po jej wnętrzu. Petunia zamknęła próbkę w pojemniczku i podała mi kolejny zestaw. - Dla pewności.

Powtórzyłam operację.
- Już więcej nie otwieram.- zapewnił mnie z naciskiem Jot.
- Skąd państwo są?  - doktor zamknęła i opisała bez pośpiechu obie próbki.
- Jesteśmy Polakami.
- O, jak na Polkę bardzo dobrze mówi pani o angielsku.
Jako że nie istniała w tej sytuacji właściwa odpowiedź, nie odezwałam się ani słowem.
- Wyniki będą najwcześniej jutro. Jak tylko przyjadą, zadzwonię. Poproszę o numer telefonu.
- Pani doktor, czy mam coś podać dziecku?
- Jest taki lek w kroplach, antyalergiczny... Dać receptę?
- Zyrtec? Mamy.

Potem miały miejsce podziękowania i pozostałe rytuały z "au voir" na czele. Trzeba było jeszcze zapłacić w małej recepcji i wziąć rachunek dla ubezpieczalni.

Telefon odebrałam miesiąc później.
- Czy to mama Jas... Jas..?
- Słucham.
- Tu doktor Van der Walde. Pamięta mnie pani? Dzwonię, by przekazać, że testy wyszły ujemnie, to znaczy syn nie miał różyczki.
- Aha. To dobrze. A na tę imprezę wtedy  pojechaliśmy.
- Rozumiem. Bardzo przepraszam za to opóźnienie, ale okazało się, no cóż, laboratorium strajkowało. A potem wyniki wędrowały do nas przez cały tydzień. Nie wiem, dlaczego.
Wydałam z siebie coś na kształt "uhm", ponieważ nie znajdowałam odpowiednich słów. - Dziękuję, pani doktor. Au voir.

Potem przyszło zimne lato, a zanim, po cichu, jak zawsze witana z niedowierzaniem - jesień. Jechałam pewnego dnia w wagoniku metra, niezbyt pełnym przed dziewiątą rano. Nie miałam ze sobą żadnego z zabójców czasu: ani książki, ani słuchawek. W takich razach przyglądam się ludziom.

Po drugiej stronie wagonika stała młoda, drobna Murzynka z zaczesanymi do góry, wyprostowanymi włosami. Miała ogromne oczy, a jej karnację podkreślał jasny płaszczyk. Wysiadła na stacji A. i dopiero wtedy rozpoznałam w niej doktor Petunię. Od stacji A. do szpitala św. Łukasza jest może czterysta metrów. Doktor wydawała się teraz mniejsza, dziewczynkowata. Pociąg zaraz ruszył i zabrał mnie daleko od tego obrazu.

Kilka dni później, jadąc metrem w odwrotną stronę, zobaczyłam toczącą się naprzeciwko mnie. szczególną scenę. Na ławeczce ustawionej bokiem do jazdy siedziała młoda czarna dziewczyna. Obok niej bardzo jasna blondynka trzymała na kolanach mniej więcej siedmiomiesięczne niemowlę, jeszcze bielsze od swojej matki. Odwrócone do czarnej kobiety, całym sobą wyrażało zachwyt połączony ze zdumieniem, a ona robiła do niego miny i pokazywała mu język. Była bardzo młoda, pewnie licealistka.

Tego dnia odebrałam Jota ze szkoły trochę wcześniej. Mieliśmy jak zwykle dwie trasy do wyboru: przez stację metra lub przez parking. Jot z reguły woli stację metra, która obrośnięta jest sklepami i dlatego ciekawa.
- Kupisz mi lody? - spróbował mnie podejść, gdy mijaliśmy bramki supermarketu.
- Może w weekend. - zaczęłam negocjacje.
- Pani też tak mówiła. W weekend i w weekend. A ja muszę czekać i czekać. I czekać.
- A która pani?
- Pani doktor czarna ze szpitala była u nas. Mówiła dzieciom o jedzeniu. I myciu rączek.
- Uhm. I co jeszcze?
- Nic takiego. - Jot wciągał mnie już do kiosku. - Kupisz mi gazetę ze Spidermanem?
- A czy gazeta ze Spidermanem jest zdrowa?
- Mamo, przestań. Kupisz? Jesteś najpiękniejsza w świecie, wiesz?
- Wiem. Ale przejrzyj sobie najpierw gazetkę, żebyś wiedział, że na pewno taką chcesz, dobrze?
- Dobrze.
Jot z namysłem i namaszczeniem przerzucał kartki.- Mamo?
- Uhm?
- Mamo, co będzie, jak czarna mamusia  i biały tatuś będą mieli dzidziusia?
Sponad komiksu o człowieku-pająku patrzyła na mnie doskonale słowiańska buzia.
- Dzidziuś będzie raczej brązowy.
- Aha. A co będzie, jak pani Żaponka i biały pan będą mieli dzidziusia?
- Hm...- podałam Jotowi pieniążek. - Idź do kasy i zapłać za gazetkę, dobrze?
- Dobrze. - gładko zgodził się Jot, licząc na resztę. - A potem powiesz mi od tych Żapończykach, tak?
- Tak.
Wyszliśmy na chłodne powietrze. Pod automatycznymi drzwiami jak zawsze gromadziła się pstrokata młodzież. Po prawej od wejścia przygrywał akordeonista. Jot ścisnął mocniej komiks. - Mamo, gdzie mój pieniążek?
- Nie wiem. - ocknęłam się. Obudziła mnie różnica temperatur między centrum handlowym a ulicą. - Skoro pan w kiosku dał ci pieniążek, to pewnie włożyłeś go do kieszeni.
- Aha. - zgodził się.- Mam! Wiesz co, podam temu panu, co gra, dobrze?
- Dobrze. - zrezygnowałam szybko. - Jeśli ci się podoba to granie.
- Podoba. - Mały wystrzelił w prawo i wrzucił monetę grajkowi do futerału na akordeon. Muzyk przerwał granie, podziękował wylewnie i podał "wspaniałemu młodemu człowiekowi" cukierki. Jot z otwartą buzią odwrócił się na pięcie i podbiegł do mnie, zachwycony.
- Chodź. - wziął mnie za rękę w sposób bardzo zdecydowany. - Ten pan się ucieszył. Chodź do domu. Masz cukierka, dostałem więcej. Możesz zjeść, tylko potem umyj zęby.

Przeszliśmy w skupionym milczeniu kilkadziesiąt metrów, aż do miejsca, gdzie w ogrodzonym niskim  murem ogródeczku sterczały łodygi wyłysiałych róż. Jot zatrzymał się tu, jak prawie zawsze, żeby na nie popatrzeć.
- Czy one nie zmarzną?
- Zmarzną, ale na wiosnę zetnie się łodygi, i odrosną na nowo. Nic złego się nie stanie. Zobacz, tu jest jeszcze pączek, a tu owoc. Owoc można usmażyć...
- Już dobra, już to mówiłaś, przestań... Powiedz mi teraz o pani Żaponce i białym panu.
- Daj łapkę, żeby nie zmarzła. Już ci mówię. Biegniemy?

Zaczęło padać. Drobny jak kaszka deszczyk. Do domu zostało dwieście metrów. Pobiegliśmy.



kadewu 14:56:16 2/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj

Człowiek Miron

Przedarłam się przez książkę Sobolewskiego o Mironie. Tak, podziwiam poetę za to, że był wierny sobie, pozostał na uboczu, choć przecież nie kontestował wprost systemu, że nie ulegał modom. Mówiąc językiem dzisiejszym, był antycelebrytą. Z życia uczynił sztukę. "Być sobie jednym".

Mirona podziwiam od czasów "bramy tryumfalnej" (VI klasa, 1986 r.). W liceum, w III klasie (1991 r.) zdecydowałam się na udział w olimpiadzie polonistycznej. W ramach kwalifikacji należało napisać pracę literaturoznawczą. Polonista podsunął mi "Starą pieśń na Binnarową", utwór wczesny i bardzo bogaty w środki poetyckie. W III klasie moja polonistyczna przygoda skończyła się w rejonach, ale rok później było już lepiej. W rejonach złożyło się tak, że jednym z tematów był Białoszewski, więc poszło mi znakomicie. W Warszawie dałam sobie radę nie najgorzej; dzięki temu nie musiałam już pisać matury.

Tamten pobyt w Warszawie wspominam też z powodów niejako krajoznawczych. Była właśnie 50-lecia powstania w getcie. Wokół ciepło. Wszystko jakby Mironem znaczone - był on przecież kronikarzem Warszawy...

Wiele zawdzięczam tej literaturze.



kadewu 18:26:35 1/04/2012 [komentarzy 0] Komentuj





[201218] ||Strona Główna
[4] ||
Księga Gości
[Dodaj do Księgi]


Dodaj do Ulubionych
Kadewu żyje, by czytać i czyta, by żyć. W pozostałym czasie rozmyśla i śpi. Mówi rzadko. Rocznik 1974.



Archiwum

2017
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2016
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2015
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
2014
Grudzień
Listopad
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2010
Grudzień
Wrzesień
Sierpień



Ulubieni




Linki

kultura w Brukseli
piękny blog


kadewu
JEDNYM OKIEM: Uwagi Kadewu na temat otaczającego ją świata z uwzględnieniem wynalazku pisma. Czyta jednym okiem, bo drugie nie działa.