Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
kadewu JEDNYM OKIEM


Idzie skacząc na jednej nodze

Choć mam już piękną alergię na procedury medyczne i niektórych ich wykonawców, przyjdzie mi jeszcze trochę się pobadać. W piątek udało mi się znaleźć miejsce u ortopedy: nie mogę dalej skakać na jednej nodze, bo kręgosłup nie jest z tego zadowolony.

A do głowy zajrzą mi 18 marca, na dalekim Anderlechcie. W innych szpitalach terminy były zadziwiająco odległe, między 6 kwietnia i końcem lipca.

Czy coś w głowie znaczącego zobaczą - to inna sprawa.

A deszcz pada i pada.



kadewu 20:09:53 22/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Medykalizacja życia codziennego

Ósma pięćdziesiąt, centrum miasta: podlizuję się rejestratorce na radiologii w szpitalu P.L., by zrobiono mi rentgen stopy na cito. Dziewiąta: technik RTG zaprasza mnie, bogowie wiedzą czemu po angielsku, do kabiny.

Jedenasta, peryferie miasta całkiem niedaleko lotniska: opowiadam okulistce o lewym oku i wszystkich plagach, jakie nawiedziły mój narząd wzroku. Każe wrócić później na badanie dna oka.

Dwunasta dwadzieścia: wpadam do hematologa, by dowiedzieć się, że nie dostał jeszcze moich kompletnych wyników. Dlaczego więc zgodził się na wizytę w tym terminie - nie wiadomo. Badania mogłam zrobić najwcześniej miesiąc po odstawieniu leków p-krzepliwych, tj. 11 lutego. Jeśli analizy trwają dwa tygodnie, powinniśmy się spotkać za tydzień, a nie 21 lutego. Wyrażam swoje nieukontentowanie i doktor oferuje mi wizytę gratis plus skierowanie na rezonans mózgu. W tle anielskie chóry w białych kitlach.

Trzynasta trzydzieści, inkryminowane peryferie po raz drugi, krople do oczu razy dwa, w poczekalni różnojęzyczne pary staruszków z balkonikami, dno oka bez zmian, jaskry nie zanotowano.

Szesnasta: zbyt znajomy szpital P.L. Podolog sprawdza w komputerze  wyniki RTG i potwierdza złamanie kości bez przemieszczenia. Następnie owija mi dwa palce plastrem i kasuje 40 euro.

A w tle koresponduję z kolegami z pracy (pokotem pochorowali się wedle wzoru), kierownikiem (nie mógł nawiązać wideokonferencji) oraz lekarką rodzinną (ciekawa wieści).

To był długi dzień. Zmarzłam przy tej mokrej, wiosennej pogodzie. Chodzenie mi, co za gra słów, niezbyt dobrze wychodzi. Ech.



kadewu 20:09:19 21/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Auuuuć

Doktor mówi, że może paluch jest złamany, może nie; i tak nie wkłada się ich w gips. Jest siny i boli jak sk... Muszę do podologa.

Nie wzięłam zwolnienia. Jutro jadę do okulisty, który być może powie mi, dlaczego na pół godziny zaniewidziałam na LEPSZE oko.

Pewnie zakrzep.

Zobaczymy, co powie hematolog.

A taki był uroczy weekend, poprałam, posprzątałam, odwiedziliśmy osiołki w sąsiedztwie, wyspałam się, wyszorowałam w wannie różanym mydłem z Aleppo...



kadewu 20:14:03 20/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Skraj

Nieoczekiwanie w piątek znalazłam się na skraju. Minęło szybko, w pół godziny. Nieoczekiwanie dzisiaj oberwałam z innej strony. Obym doczołgała się do jutra.

 



kadewu 20:47:06 19/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Wiosna, ach, to ty

Dziś temperatura wzrosła do 10 stopni Celsjusza, naprawdę. Choć mnie ręce zgrabiały na klawiaturze. A kolega nosi nawet mitenki...

Rano, gdy szliśmy na przystanek autobusu linii, 76 PRZELECIAŁ nas bocian. A potem, gdy ze szpitala P.L. wędrowałam do pracy przez Rondo Schumana, przeleciały mnie dzikie gęsi.

To chyba już pachnie wiosną.



kadewu 21:22:47 15/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Fiolki

Przed wizytą u hematologa należy naturalnie zrobić zapisane badania. Sprawdziłam skierowanie, nakleiłam nalepkę i poszłam dziś na czczo do szpitala P.L. Ciekawą cechą tego miejsca jest to, że idąc do laboratorium przechodzi się koło kostnicy. Ale cóż, to po prostu kolejny etap, pogódźmy się z tym: kiedyś tam trafimy.

Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy okazało się, że na mój widok - i widok mojego skierowania - pielęgniarz przygotował dziesięć fiolek na krew. - Dr B. jest dokładny, zawsze zleca wiele badań. - usłyszałam. Co za ulga. Po pobraniu pokrzepiłam się kawą (tutaj akurat jest ohydna, nigdy więcej) i poszłam do pracy.

Ciekawe, jak zachowa się moja krzepliwość bez leków przeciwkrzepliwych, z wyjątkiem branej codziennie aspiryny. Jeśli dobrze, to pod osłoną heparyny będę operować sobie oko. Czas po temu, bo widzę kiepsko (jak wyjawia tytuł tego bloga). Może w kwietniu?

Się wyjaśni w przyszły wtorek.



kadewu 21:09:40 15/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Gen wiedzy

W środę czy czwartek znalazłam w skrzynce pismo z kliniki w L., z poradni genetycznej, gdzie niedawno stawiłam się na rozmowę i pobranie krwi.

Poradnia mi pisze, że wykona mi wiadome badanie genetyczne, i że potrwa to do 5 miesięcy. Będą badać gen, który odpowiada za zespół Lyncha, przyczynę m.in. raka jelita grubego niezwiązanego z polipami. Zespół Lyncha atakujący rakiem jelito  źle się leczy, lekarze radzą wówczas raczej je usunąć. To samo mówią w przypadku wywołanego nim raka macicy i jajników. Bez tych narządów można żyć, byle jak, ale można.

Jeśli nie znajdą mutacji w podejrzanym genie, poszukają mutacji odpowiedzialnej za przypadki raka żołądka. Wszystkie nazwy genów i mutacji są w liście.

Myślę sobie: dobrze, o to mi chodziło. Nawet jeśli wieści będą złe. Ponieważ zawsze wolę wiedzieć, niż nie wiedzieć, choćby nowina była najgorsza.

Nie wiem, czy wykluczyli a priori polipowatość rodzinną - łączy się ona często z mutacją powodującą brak pewnych zębów, co występuje u nas od co najmniej czterech pokoleń. Ale lekarze wywodzą moje problemy z linii mama - babka, a brakujące zęby były problemem dziadka (mamy, moim, mojego syna).

Trzeba wiedzieć, żeby umieć albo móc wybrać. Tak myślę.



kadewu 21:20:59 12/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Tradycja i postęp

W soboty ulegam słabościom, także czytelniczym, i kupuję zwykle gazety, w tym miesięczniki literackie. Oczywiście ślizgam się gdzieś po powierzchni ich zrozumienia merytorycznego: jestem anglistą i nigdy nie zostanę romanistą.

Podobno w Polsce nie wolno pisać o Zygmuncie Baumanie, a tu proszę, we francuskojęzycznym "Quinzaine" długi, zasłużony artykuł po śmieci tego wybitnego socjologa i filozofa. Którego próbowałam przybliżyć lata temu moim studentom jako jedynego liczącego się w świecie polskiego współczesnego myśliciela.

Wczoraj kupiłam "Le Magazine Litteraire", i jak zwykle nagrodą było coś ciekawego do poczytania, w tym wypadku tekst Zadie Smith. Ale nie tylko. Jest też wywiad z młodą gwiazdą Lailą Slimani z Maroka. I jak zwykle, jak zawsze, dziennikarz wypytuje pisarkę o inspiracje cofając się do Balzaka. I tak w każdym numerze: wraca Baudelaire, Verlaine, Rimbaud, Camus, wracają klasycy w stylu Corneille'a - jako inspiracje, punkty odniesienia, autorzy, z którymi się dyskutuje. Literatura francuskojęzyczna podkreśla swą ciągłość i wagę źródeł.

Literatura polska jawi mi się jako ciąg fragmentów, jako ciągła próba wymyślania na nowo narracji, świata przedstawionego. Ale wbrew pozorom nie są to próby oryginalne, tylko podrygi wynikające z niskiej samoświadomości. Może pisarze nie czytają?

Czasem dziwi mnie wielka popularność kryminałów. Czy ludzie tak bardzo pragną dziś zabijać, choćby rękami autora? A może tęsknią za domkniętą, logiczną fabułą? Za mięsistymi postaciami? Bo ja owszem.



kadewu 12:37:31 12/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

A śnieg padał...

 Prószył od rana, gdy zerwaliśmy się bladym świtem, aby pojechać autobusem/podreptać uliczkami miasta K. na mecz przeciwko H.

Minus jeden. Czapka itp. materiały termoizolacyjne na miejscu.

Drużyna Jota, to jest Europa Kraainem, przegrało 3:2, ale JOT strzelił gola, i jest to jego największe dotąd osiągnięcie. Jot mówi, że trener go nie powoła za tydzień na mecz wyjazdowy ze względu na rotację zawodników, ale sądzę, że dla wartościowego gracza miejsce się znajdzie.

Ze względu na warunki pogodowe nawet nie próbowałam kibicować na boisku, tylko zakamuflowałam się w klubowej kawiarni z wiadomym tomem o hiszpańskich anarchistach. Nad głową wisiały mi - wyglądające przez klubowe okno na plac gry - flamandzkojęzyczne matki zawodników drużyny przeciwnej. Wokół biegał klubowy pies, a w zasadzie suka - Xenna. Nasiąkałam sobie powoli dymem papierosowym (a skąd on? To jest pytanie).

Wróciliśmy także autobusem, zaś Jot przebył drogę w krótkich spodenkach, no bo przecież wiadomo, on jest lokalsem (tu panuje zimny chów, od którego dostaję dreszczy i gorączki).

Ale sama jestem całkiem na chodzie pomiędzy wystrzałami kataru i atakami suchego kaszlu.

Teraz Jot wykąpany i doinformowany (uczestniczył w lekcji historii online) gra sobie na kanapie, kot wygląda przez balkon na świat, w którym prószy drobny śnieg, a ja rozmyślam, co dalej robić z dniem.

Dla porządku i ku pokrzepieniu muszę dodać, że w K. kwitną już forsycje, jak co roku o tej porze.



kadewu 14:38:12 11/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Czerwone i czarne

Nie chcę wcale pisać o dziele Stendhala ani o mariażu władzy czy wojska z Kościołem. Czerwone i czarne to także bowiem barwy hiszpańskich anarchistów.

W ostatnich dniach moim dojazdom do pracy i do domu oraz jakże licznym wyprawom samolotowym towarzyszy kupiony latem tłusty tom amerykańskiego filozofa Murraya Bookchina "Anarchiści hiszpańscy. Heroiczne lata 1868-1936".

Jak pisałam kilkakrotnie wcześniej, moja fascynacja anarchizmem hiszpańskim sięga roku 1990, kiedy to z łóżka polowego rozłożonego gdzieś na ulicy Dąbrowy Górniczej kupiłam szczupły tom pt. "W Hołdzie Katalonii" Orwella, jego relację z uczestnictwa w hiszpańskiej wojnie domowej. Anarchiści odegrali wówczas bardzo ważną rolę walcząc po stronie Republiki. Tradycja anarchizmu jest na Półwyspie Iberyjskim wciąż żywa. Do dzisiaj na hiszpańskich ulicach można zobaczyć demonstracje CNT FAI z czerwono-czarnymi sztandarami, a przy nadmorskich deptakach - stoiska z anarchistycznymi wydawnictwami. Książka o anarchistach, w wersji hiszpańskiej, przyjechała ze mną w lipcu z księgarni "Pynchon&Co" mieszczącej się w Alicante.

Przyznaję, że nie zauważyłam od razu, że książka jest tłumaczeniem z angielskiego. Autor (sam anarchista) oczywiście oprócz relacji z początków ruchu anarchistycznego w Hiszpanii nakreśla tło społeczne, jak i źródła anarchizmu w ogóle. W tym celu powinniśmy się cofnąć do średniowiecza, gdy chłopi przygnieceni feudalnymi zobowiązaniami wobec panów buntowali się przeciw niesprawiedliwości. W absolutystycznej Hiszpanii zaś pierwsi anarchiści byli to "chłopi bez ziemi, robotnicy bez pracy", do których ziarna tego ruchu trafiły z Włoch, zainspirowanych myślą rosyjskiego arystokraty Michaiła Bakunina (1814-1876). Można naturalnie znaleźć w myśli anarchistycznej inspiracje socjalistyczne (tu oczywiście Marks), ale anarchiści dalecy są od komunizowania. Celem anarchizmu nie jest zniesienie bądź demontaż państwa, lecz obrona obywatela przed jego nadmierną kontrolą nad jednostką, uciskiem i przemocą. Anarchiści są federalistami, zwalczają więc władzę centralną, a nie - z definicji - każdy jej przejaw na każdym szczeblu. Warto zauważyć wyraźne dążenia spółdzielcze wśród hiszpańskich anarchistów: w ich idealnym państwie drobni rzemieślnicy, rolnicy i robotnicy pracują (nieciemiężeni przez państwo) wytwarzając i wymieniając dobra na zasadzie współpracy i wzajemności. Wzajemność i spółdzielczość, mutualizm i kooperacja, wydają się tu być kluczowe.

Zabawnie brzmią spostrzeżenia autora, że w XIX-wiecznym Madrycie skrajni anarchiści odrzucali władzę państwa i kościoła do tego stopnia, że nie rejestrowali związków ani rodzących się w nich dzieci, a zamiast je chrzcić, nadawali im samodzielnie imiona spoza kanonu świętych, takie jak "Libertarianka" oraz "Emancypacja". Dla polskiego ucha mogą one brzmieć egzotycznie, ale pamiętajmy, że w pierwszym lepszym sklepie w Hiszpanii możemy natknąć się na kasjerkę o imieniu Niepokalane Poczęcie czy Betlejem - inspirowane zgoła innymi wpływami.

Warto też poświęcić chwilę refleksji polskim źródłom czy inspiracjom anarchizmu. Mam tu na myśli ruch arian - braci polskich, tj. anabaptystów, którzy w XVI i XVII wieku stworzyli niejako pierwowzór państwa w państwie, z własnymi szkołami i uczelniami, w których propagowali idee pacyfistycznego anarchizmu. Z arian wywodził się poeta Samuel Przypkowski, który uwolnił chłopów od pańszczyzny, inny wybitny poeta baroku Jan Andrzej Morsztyn oraz malarz królewski Jan Chryzostom Proszowski, być może mój daleki krewny.

Pamiętajmy, że historia arian stanowi wyjątkowe, zupełnie unikatowe dziedzictwo naszej historii, w której anarchizm - nie zawsze dobrze rozumiany jako prawo do rokoszy i buntu przeciwko władzy centralnej/królewskiej - zajmuje ważne miejsce.

 

cd.

Recenzja książki tu (hiszp.):

http://www.numerossueltos.com/los-anarquistas-espa-oles.html

Czasopismo hiszpańskich anarchistów online:

http://www.nodo50.org/tierraylibertad/nuestro.html



kadewu 10:54:23 10/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Na powrót

Po wielu przygodach podróżniczych wróciłam z Polski, gdzie odbyła się sprawa spadkowa po moich dziadkach. Sąd znalazł wszystkich trzech spadkobierców (dla ułatwienia wszyscy troje: wuj, siostra i ja byli na sali), i już.

Jako wnioskodawca oświadczenia składał mój wuj, który kilkakrotnie naraził się sądowi balansując na krawędzi jego obrazy. Na pytanie ile ma lat, odpowiedział "osiem zero", co nie spotkało się ze zrozumieniem sądu. Znacznie gorzej wypadła odpowiedź "jeszcze nie" na pytanie "czy był pan karany za składanie fałszywych zeznań?".

Jak mam się czuć i zachować w towarzystwie człowieka, który wielokrotnie odrzucał dziedzictwo swoich rodziców, nie chciał "majątku" i "p... ojczyznę" (ojcowiznę), a po trzydziestu latach jednak zmienia zdanie i zamiast podarować nam całość domu, o który dbamy całe życie włączając w to remonty, utrzymanie i opłaty, żąda ustawowego udziału? Myślę, że nasze "dzień dobry" wystarczyło za wszelkie dusery.

Potrzebuję teraz usłyszeć od prawnika, co dalej. Założenie sprawy o dział majątku to 1000 PLN, o zasiedzenie - 2000, więc może lepiej się na razie wstrzymać z podejmowaniem kroków.

Jednak po sądzie nastąpiło wyczekiwane od dawna spotkanie z Zo. i jej nowym, pięknym psem W. Niewidziana od roku Zo. jest w dobrej formie i chyba nieźle jej na rencie, także w obliczu gwałtownych zmian w edukacji, które dotknęłyby ją, gdyby pracowała nadal w liceum.

Dzień wcześniej, po przylocie do Modlina ("Modlę" - kocham to, kocham) w azjatyckiej knajpce na Dworcu Centralnym widziałam się z Ka., i to też było dobre i wyczekiwane spotkanie. A do konsumpcji - m.in. kaczka :-). Oczywiście spotkanie z Ka. to także zawsze sentymentalna podróż w dziedzinę tłumaczeń i uczenia studentów. Uniwersytet Warszawski, kilka zawodowo dobrych lat mojego życia, za którymi intensywnie tęsknię. Bo jak wiadomo bardzo, bardzo, tęsknię za uczeniem i tłumaczeniem. Mająca dobre serce Ka. proponuje mi zawsze współpracę, a ja zawsze zastrzegam, że z wyjątkiem sytuacji wyjątkowych nie jestem w stanie wcisnąć tłumaczeń w moją dobę. Mówię tak, bo patrzę realistycznie i oceniam moje fizyczne możliwości pragmatycznie: po pracy w biurze moje oczy nie są w stanie czytać tekstów, a ciało zarywać nocy.

Po powrocie z południa Polski poszłam pod Pałac na stanowisko, z którego odjeżdżają autobusy do Modlina. Dało się wyczuć duży spadek temperatury; minus osiem i śnieg. Jako że boleśnie zmarzłam, próbowałam się dostać na wcześniejszy autobus, bo okazał się nie być pełen. Weszłam jednak w konflikt słowny z kierowcą, który zażądał ode mnie umieszczenia plecaczka w luku bagażowym, czego robić nie chciałam ze względu na konieczność przepakowania portfela itd. Jako argument podałam podróż w przeciwną stronę,  z plecakiem pod fotelem autobusu. Pan kierowca uraczył mnie wówczas taką sentencją:  Proszę pani,w  moim autobusie to ja decyduję o wymogach bezpieczeństwa. - Znakomicie! - opowiedziałam bez żalu i wyszłam z autobusu.

Potem było tylko gorzej: "mój" autobus spóźnił się, na lotnisku panował rozgardiasz, rodzina z dziećmi tuż przede mną została poddana kontroli osobistej, co spowolniło moje przechodzenie na druga stronę, zaś po odprawie obsługa naziemna (tania linia R.) kazała nam wyjść na zewnątrz, gdzie w mrozie i śnieżycy czekaliśmy ponad kwadrans na wejście na pokład.

Z powodu śnieżycy byłam sceptyczna co do odlotu, ale ten jednak nastąpił - co prawda z godzinnym opóźnieniem. Do końca też nie byłam pewna, czy siedzę w samolocie do Brukseli Charleroi, czy do Malagi, jako że stały obok siebie i miały odlecieć w dziesięciominutowym odstępie (można by przy okazji zapytać, które miasto bardziej kusi przy zimowej pogodzie...). Na miejscu, zamiast jak zwykle wyjść przez "rien a declarer", zostaliśmy pognani na kontrolę celną, gdzie sprawdzono mi paszport i kartę pokładową, a potem... potem czekałam już tylko na transport (grzecznościowy, bo zamówiona wcześniej taksówka odmówiła usługi). W domu byłam o 1.09, gdzie wciąż czekali na mnie zaprzyjaźnieni i dawno niewidziani J. i M., a Jot już spał.

Na drugi dzień okazało się, że ów samolot do Malagi uszkodził ogon przy starcie i musiał zawracać.

A ja po tych przygodach jestem w domu z męczącym suchym kaszlem i zatkanym nosem ("Nie, proszę pani, producenci mówią co innego, ale moim zdaniem, syropy na suchy kaszel nie działają" - wypisujący mi zwolnienie chorobowe dr o. T (tak, przez małe "o").

Z czego wniosek: nie latać tanimi liniami dzień po dniu, co wymaga dwukrotnego zarwania nocy. Nie gubić czapki na Dworcu Centralnym. Nie stresować się sprawami sądowymi.

Podsumowując, pierwszy, a zwłaszcza drugi kontakt z lotniskiem Modlin uważam za średnio udany. Pierwszy kontakt z sądem w charakterze strony uważam za neutralny.

Jak dobrze, że jest kot, który na mnie śpi. Jak dobrze, że jest kot, który mruczy mi.



kadewu 10:12:40 10/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj

Promieniowanie

 W ubiegłym tygodniu, kontynuując słynną medyczną pielgrzymkę z roku 2016, poddałam się badaniu PET-CT. Na termin czekałam tylko kilka dni, bo, jak wiadomo, badanie to służy diagnostyce osób z nowotworami i innymi paskudnymi, zagrażającymi życiu chorobami. Także serca. Oni nie mogą czekać  ja, póki co, mogę,  ale nie muszę. No, więc posadzono mnie w fotelu i wsadzono w żyłę wenflon - udało się za drugim razem, pielęgniarz chciał dobrze. To ja go prosiłam o wkłucie w prawą rękę, bez sensu. Lewa lepsza, tylko nadużywana. To teraz obie dziurawe i obie bolą.

Po przyjęciu kroplówki i zbadaniu poziomu cukru dostaje się radioaktywny izotop (w metalowej strzykawce, łaa). Następnie kolejny kontrast, i kolejny. Po godzinie wsadzono mnie - po upewnieniu się, że nie mam w ubraniu metalowych elementów  - do tomografu. Trwało to ponad 20 minut, a od kontrastu dostałam wypieków. Z ulgą wyszłam ze szpitala E.C.  tu mnie operowano, więc nie mam specjalnych sentymentów ze względu na komplikacje, z jakimi od tamtego czasu się męczę.

Resztę popołudnia spędziłam w ciepłym domu, wypłukując kontrast z organizmu - pijąc jak najwięcej. Badanie był to jednak overkill i przez dwa kolejne dni czułam się okropnie, ciążyła mi głowa i sztywniał kark, bolały oczy.

W przyszły czwartek powinnam przejść gastroskopię w kierunku żylaków przełyku, ale wiem już, że ją przełożę. Muszę na dwa dni wyskoczyć do Polski, by wziąć udział w sprawie spadkowej, w której stroną jestem ja, moja siostra i nasz wuj. Zagadka brzmi: kto kogo spłaci, bo dom należy wciąż do nieżyjących od dawna dziadków. Chciałybyśmy z siostrą być jedynymi właścicielkami, a droga do tego wiedzie przez spłacenie pozostałych spadkobierców. W naszym interesie jest to, by kwota spłaty była jak najniższa - przy czym wuj liczy na coś odwrotnego. Na myśl o rozprawie, wyprawie i całej reszcie tracę ostatki sił, więc gastroskopia będzie musiała poczekać...

Na szczęście wyprawa wiąże się z tym, że spotkam siostrę, Zo. i Ka. - tych dwu ostatnich nie widziałam już od ponad roku. I to jest plus. Plus nocleg w domu rodzinnym.

Siły pilnie potrzebne.



kadewu 13:05:43 5/02/2017 [komentarzy 0] Komentuj





[178596] ||Strona Główna
[4] ||
Księga Gości
[Dodaj do Księgi]


Dodaj do Ulubionych
Kadewu żyje, by czytać i czyta, by żyć. W pozostałym czasie rozmyśla i śpi. Mówi rzadko. Rocznik 1974.



Archiwum

2017
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2016
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2015
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
2014
Grudzień
Listopad
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2010
Grudzień
Wrzesień
Sierpień



Ulubieni




Linki

kultura w Brukseli
piękny blog


kadewu
JEDNYM OKIEM: Uwagi Kadewu na temat otaczającego ją świata z uwzględnieniem wynalazku pisma. Czyta jednym okiem, bo drugie nie działa.