Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
kadewu JEDNYM OKIEM


Artysta



Mam wrażenie, że zaroiło się nam od artystów. Są to jednak mistrzowie sztuki słabo zdefiniowanej. Najczęściej chodzi o piosenkarzy, czasem aktorów. Z reguły są to osoby znane z tego, że są znane, a na koncie mają pojedyncze osiągnięcia: debiut, przebój, sesję zdjęciową, występ w TV przedobiedniej. Jestem niemiła, bo wydaje mi się, że poprzeczkę, po przeskoczeniu której można zwać się artystą zawieszono niezwykle nisko. I dlatego ktoś, kogo nazwalibyśmy szansonistką, girlsą, kociakiem, gwiazdką nagle zostaje zaliczony do artystów.


Przemawia przeze mnie zaawansowany wiek, bo dla mojego pokolenia uosobieniem artysty jest, hm, powiedzmy, da Vinci lub co najmniej Oskar Wilde (według którego Art is quite useless). Przemawia przeze mnie zazdrość, gdyż artysta z definicji tworzy... Rozpanoszenie się artystów tłumaczę sobie w dużej mierze błędnym tłumaczeniem z angielskiego, gdzie artist w kontekście muzyki popularnej oznacza wykonawcę, który przecież nie musi być autorem wykonywanego przez siebie utworu. Nawet jednak w tej kategorii – odtwórców – zgodziłabym się wyodrębnić garstkę artystów... Co ich wyróżnia? Ostatnią rzeczą jakiej bym pragnęła, jest narzucanie innym swego zdania i gustu, zatem metody selekcji pozostawiam każdemu wrażliwemu człowiekowi.


Chcę tu tylko wymienić jeden czynnik, dla mnie kluczowy: czas. Im dłuższa perspektywa, tym jaśniej widać, czy osiągnięcia danej osoby zaliczyć można do sztuki. Niestety, mało użyteczna to metoda odsiewania ziarna od plew; najczęściej przecież pragniemy ocenić to, co nas bezpośrednio otacza, co znamy współcześnie z mediów. Tym niemniej nie znam lepszego sposobu... Dlatego bez dłuższego wahania nazwę artystką Madonnę, którą mój radar zarejestrował po raz pierwszy bodajże w 1983. Jej sztuka polega na tym, by być ciągle znaną na każdy możliwy sposób służący uzyskaniu sławy. Odkąd weszła na szczyt, spadło już wiele gwiazd. I nie ma większego znaczenia, że to nie moje rewiry. Szanuję ją. Jej talent to połączenie konsekwencji i wyczucia, skąd wieje wiatr.


Jest w naszym kraju pewna pani, która lubi mawiać, że królowa jest jedna... Usprawiedliwia ją młody wiek: chyba jej radar nie zarejestrował jeszcze wśród medialnego szumu nazwiska Violetty Villas, jej patronki w prostej linii, a dla szerszych mas – pierwszej polskiej ikony popkultury. Wszystko już było: i te włosy blond, i ten fertyczny biust, i te nogi... A na dokładkę – i dla odróżnienia od współczesnych szansonistek – był też olbrzymi, szlifowany pracowicie talent. No tak, ale obecnie żyjemy w epoce niedoboru czasu.


Sztuka jest sztucznym tworem wyrastającym z naturalnego, ale pieczołowicie pielęgnowanego talentu. Nie znam większego komplementu niż powiedzenie komuś to prawdziwe dzieło sztuki; to prawdziwy artysta.


Głosuj (0)

kadewu 21:54:01 30/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Ruch



Istotą Baroku jest ruch i zmiana. Ponieważ uważa się, że zmiana jest źródłem największych lęków u człowieka, zadziwiające wydaje się, że swoista filozofia zmiany patronuje i przenika całą epokę ludzkich dziejów. Idea, która spaja dzieła barokowe, idea ruchu, pochodziła z zewnątrz, ze świata rzeczywistego: nie wiem, czy była w dziejach ludzkości inna epoka z tyloma wojnami, potyczkami, przesuwaniem się granic państw. Trudno uznać takie zmiany za korzystnie wpływające na losy człowieka, jednak przeniesienie ich w formie niepokoju, pulsowania, rozedrgania w dziedzinę literatury czy malarstwa dało efekty fascynujące.


Moim ulubionym miejscem pobytu są środki transportu. Pociąg, tramwaj czy autobus bez względu na rozwijaną prędkość niosą mnie z jednego miejsca w drugie, dzięki czemu nie jestem ani tu, ani tam. Nie można mnie przyszpilić, przypisać do miejsca. Jestem w trakcie docierania do celu, ale póki tam nie dotrę, znajduję się po prostu w przelocie, więc niejako mnie nie ma. To jest stan poza definicją, w którym czuję, że nic złego stać się nie może mnie, ale i światu, do którego zdążam. W trakcie tej podróży ma miejsce jakieś stawanie się, proces zmiany, wszelako nie można być nigdy pewną, że ta zmiana dokona się w miejscu docelowym. Warto więc cieszyć się ruchem, jaki jest, bez względu na jego skutki. Mam wrażenie, z nosem przy szybie, że pozwalam podróży przepływać przez siebie. Nieuchwytność tego stanu, niedookreśloność miejsca pobytu, okazuje się błogosławieństwem, ponieważ rzeczywiście nadaje osobom i rzeczom jakąś nieśmiertelność.


Wariant tańszy i prozdrowotny to oczywiście rześki marsz. Wygodne stare buty zapewniają komfort stopom, które niosą mnie wedle mojego życzenia, odciążając głowę i pozwalając jej zająć się swoimi sprawami, podczas gdy serce sprawnie pompuje pełną tlenu krew do wszystkich komórek ciała. Choć to ruch o prędkości raczej umiarkowanej, nie miewam poczucia większej wolności. Nie ogranicza mnie nic oprócz obranego wcześniej celu lub niefrasobliwych pieszych zagradzających czasem drogę – albo bezmyślnie zaparkowanych, nieruchomych i bezużytecznych pojazdów.


Głosuj (0)

kadewu 16:09:10 28/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Natura ersatzu

Patrząc na sztuczne kwiaty powszechnie kładzione dziś na grobach, tak modne w latach 70. plastikowe owoce służące wątpliwemu ozdabianiu kredensów czy płaskie, dwuwymiarowe, często ponadnaturalnych rozmiarów postaci wycięte z kartonu mające przyciągnąć uwagę klientów do towaru czy usługi, stojące przed bankami, sklepami lub przy drogach (gdzie, w formie policjantów i samochodów policyjnych mają mitygować rozpędzonych kierowców), mam nieodparte wrażenie, że stały się ważną i powszechnie akceptowaną częścią naszego życia i kultury. Godzimy się na zastępniki zaskakująco łatwo. Plastikowe kwiaty będą zdobić grób dłużej, niż dowolne kwiaty cięte (odłóżmy na chwilę na bok problem kradzieży na cmentarzach). Sztuczne ciastka zachowają wieczną świeżość w witrynie ciastkarni wymagając co najwyżej odkurzenia. Sztuczne choinki z pewnością nie gubią igieł tak nagminnie, jak jodły i świerki. Kartonowe postaci wabiące potencjalnych klientów dowolnej instytucji nie narzekają na złą pogodę ani w zasadzie nie domagają się pensji. W epoce rozlicznych ułatwień nietrudno więc zapomnieć, że wszechobecnym zastępnikom brak tej jednej, najważniejszej rzeczy: brak natury przedmiotu, który zastępują. Plastikowych ciastek ani owoców nie sposób zjeść; płaska postać dżentelmena przed bankiem nie nawiąże prawdziwego kontaktu z potencjalnym klientem; sztuczna choinka nie pachnie – nie sposób za nią tęsknić. Oczywiście namiastki mają swoje rzeczywiste zalety, ale tak się składa, że ich mocne strony pozostają w sprzeczności z naturą zastępowanej rzeczy. Trwałość plastiku determinuje jego niejadalność, brak smaku i zapachu. Zabawne przerysowanie i odporność na złą pogodę kartonowych wycinanek możliwe jest dzięki temu, że nie ma w nich życia.


Kiedy niedawno postanowiłam zająć się ponownie akwarystyką, zaczęłam odwiedzać rozmaite strony internetowe, by zorientować się z grubsza w aktualnych cenach i nowinkach technicznych. Zauważyłam, że wielu sprzedających oferuje gotowe zestawy ze sztucznymi roślinami. Są one też dostępne jako bezpłatne dodatki oraz osobne produkty, które można dokupić do istniejącego akwarium. Wśród aukcji Allegro liczba oferowanych roślin sztucznych stanowi mniej więcej jedną piątą roślin żywych. Zastanówmy się, co takie plastikowe cudo oferuje akwaryście. Na lekcjach biologii uczą nas, że rośliny w procesie fotosyntezy wytwarzają tlen. Miłośnicy ryb wiedzą, że stanowią też pokarm wielu ryb. Roślinka sztuczna jest za to wieczna. Nawet niewprawne oko dostrzeże za to, że nie dorównuje urodą, wyrafinowaniem i niepowtarzalnością kształtu oryginałowi; nie przyczyni się też do wzrostu stężenia tlenu w akwarium. Wiele osób godzi się na to w zamian za wygodę, która polega na tym, że sztuczna roślina nie wymaga cięcia, nawożenia ani odpowiedniej ilości światła. Żadna ryba, nawet pielęgnica, nie zagrozi plastikowej piękności; jest niejadalna, jest niezniszczalna.


Widzę, że coraz częściej wpuszczamy do naszego życia namiastki i zastępniki. Goszczą wszędzie: na półkach naszych prywatnych bibliotek – jako rzędy grzbietów wielkich dzieł, które trzeba po prostu mieć; w naszych szafach, z metkami wielkich projektantów; w akwariach, jako bardzo gustowne plastikowe pniaki i tak dalej. A zamiast autentycznych artystów hołubimy i wspieramy, choćby kupując plotki o nich, plastikowych szansonistów współtworzonych przez chirurgów plastycznych... Nie dziwota, że otaczamy się tak chętnie namiastkami, bo ich zalety są bezsprzeczne, zaś argument ekonomiczny przemawia tu chyba najmocniej. Jednak... trudno też się dziwić ogarniającej chyba każdego od czasu do czasu tęsknocie za prostotą, za przedmiotami, które są w istocie tym, czym są i niczego nie udają. Jasne jest, że stają się one luksusem, na który nie każdego stać.


Głosuj (0)

kadewu 21:18:35 26/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Wspomnienia dawnej świetności

Jak każdy - jestem zmuszona chodzić do sklepu. Jak niektórzy - zakupów nie cierpię. Szczególnie, gdy moje nieśmiałe "dzień dobry" odbija się od milczącej i nie wiedzieć czemu wściekłej ekspedientki. Tak, jest taki sklep. Po dwudziestu latach bycia we własnym, kapitalistycznym domu. Nie będę jednak narzekać, ostatecznie mam prawo wyboru. Jeśli danego dnia nie mam ochoty znosić fochów pani B., mogę przejść ten kilometr więcej (toż to zachowanie prozdrowotne) do zaprzyjaźnionych delikatesów, gdzie  zażyłość ze sprzedawcami sięga tak daleko, że zdarzyło mi się usłyszeć przeprosiny za roztargnienie ekspedientki związane z fazą jej cyklu miesiączkowego. Zwykle taka otwartość mnie płoszy, ponieważ jestem z tych, którzy np. nie konwersują z fryzjerką podczas strzyżenia. Jednak lubię słuchać, więc inni lubią się przede mną otwierać.

Są jednak tacy, którzy tęsknią do poprzedniego systemu, do czasów swojej młodości/świetności/cielęcej naiwności. Zapytana przez studentów, czy i ja nie tęsknię za PRL, odpowiedziałam, że przenigdy - jak można tęsknić za pryszczami na czole? W 1989 r. miałam piętnaście lat i dla mnie zmiana, jaka nastąpiła, mogła być wyłącznie zmianą na lepsze, bo ciekawsze. Lata PRL nierozerwalnie wiązały się z bylejakością i przygnębiającą szarością, niewiarą w możliwość poprawy... Niewyobrażalne z miejsca, w którym dziś jesteśmy "braki na rynku" dotyczyły przecież rzeczy tak podstawowych, jak papier toaletowy i podpaski higieniczne. O te ostatnie żebrało się w aptece z nadzieją, że może choć ligninę "dadzą". Papier toaletowy zaś przypominał pod względem częstotliwości występowania UFO albo co najmniej zaćmienia księżyca. Pamiętam zupełnie porażającą wyprawę rodzinną do S. (duże miasto uniwersyteckie). W jakiś magiczny sposób, pocztą pantoflową, bo przecież telefonów nie było, rodzice dowiedzieli się, że w dużym domu towarowym w S. (gdzie dziś mieści się coś zupełnie, ale to zupełnie innego) pojawił się tak pożądany przez dzieci socjalizmu towar. Wsiedliśmy (rodzice i ja) w tramwaj i z przesiadką dojechaliśmy po niecałej godzinie na miejsce. A był to czerwiec 1986 roku. Udało nam się kupić sporą liczbę rolek - oczywiście racjonowano je, więc każe z nas niosło na szyi jeden wianuszek rolek i ani sztuki więcej. Jeśli ktoś nie wierzy, że taka była moda uliczna tych lat, niech obejrzy "Nie lubię poniedziałku"... Tak przyozdobiona papierem toaletowym szłam już z rodzicami na przystanek powrotny, gdy zatrzymała mnie jakaś kobieta. "Gdzie pani dostała ten papier?" Wytłumaczyłam, co i jak, oczywiście wzruszona, że tamta w swoim wzruszeniu zwróciła się do dwunastolatki per "pani".

Takie to były czasy, że nigdzie nie było również piwa... A gdzie było, gdy go nie było? Niech to pozostanie zagadką.


Głosuj (2)

kadewu 19:13:22 26/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Krewetką być nielekko

Dzięki mojemu tacie byłam akwarystką jeszcze w życiu płodowym. Trzymaliśmy różne ryby, najczęściej oczywiście jajożyworodne. Od tamtej pory miewam ryby, zaś szczególnie lubię wesołe kardynałki, ryby prawdziwie pancerne, tolerujące nawet temperatury bliskie zeru, odwdzięczające się akwaryście za opiekę pięknymi barwami i żywiołowością. Za brak opieki, wyjąwszy sytuacje ekstremalne, odwdzięczają się tym samym.

 

Krewetki w charakterze innym niż dodatek do ryżu poznałam dopiero w marcu tego roku. Przyznam się bez bicia: zakochałam się w tych skorupiaczkach bez pamięci. Lubię patrzeć, jak włączają 'wiatraczek", to jest przebierając licznymi łapkami płyną przez akwarium niczym łódź podwodna. Patrzą na mnie  czarnymi oczkami. Są najczęściej bardzo zajęte - czyszczą nieustannie zbiornik z glonów i odpadów.

Likwidowałam niedawno akwarium azjatyckie typu low-tech, przewożąc jego mieszkańców na drugi koniec kraju. Musiałam rozstać się z jego uroczymi mieszkańcami: stadem kardynałków i gromadką krewetek. Po częściowym spuszczeniu wody udało mi się - jak sądziłam - wyłowić to całe tałatajstwo do dwóch woreczków. Podróż przebiegła dobrze, stworki zmieniły adres.

W ciągu tygodnia po ich wyprowadzce nie byłam w stanie zająć się oporządzeniem opustoszałego zbiornika. Siadywałam plecami do niego i pracowałam.  Zebrałam się w końcu w sobie. Zdecydowałam, że przed opróżnieniem zbiornika usunę glony ze ścianek. Wzięłam magnetyczny czyścik  w dłoń i...

Odkryłam obecność czterech krewetek w akwarium, które uważałam za puste. Dwie były maleńkie, zapewne wylęgły się po odłowieniu stada głównego, dwie większe musiałam przeoczyć. Jeszcze ciekawszym odkryciem był maleńki kardynałek. Zapewne wylągł się z jajeczka, które zachowało się w żwirku.

Zrezygnowana dolałam towarzystwu świeżej wody, posadziłam roślinkę - małego nurzańca - i po prostu z westchnieniem usiadłam obok. Muszę kupić karmę dla krewetek; muszę kupić płatki dla rybek. Na razie maluch zjada żyjątka, których pełno w akwarium...

Przenosiny akwarium skończyły się więc fiaskiem. Ktoś będzie musiał zaopiekować się tym stadkiem. Poddaję się. Oto tryumf maleńkich skorupiaków i mikroskopijnej rybki nad ssakiem.


Głosuj (0)

kadewu 21:17:35 23/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Eugeniusz Oniegin a moje życie senne

Miewam szczególne sny. Od zawsze, ale ostatnio osiągam w nich szczyty absurdu. Śniąc, wiem zwykle, że śnię; czasem muszę się uszczypnąć (by nie dogonił mnie np. SS-man), a nawet zdaję sobie z absurdalności sytuacji, w jakiej znajduję się we śnie, ale z drugiej strony - przeżywam, cierpię, boję się i męczę. Dosyć często śni mi się, że muszę uzupełnić wykształcenie; z reguły nadrabiam przedmioty ścisłe wg programu na klasy szóstej oraz na przykład biologię dla klasy trzeciej liceum. Ponieważ muszę łączyć oba kursy, często okazuje się, że gdy rok szkolny dobiega końca,  ja z matematyki mam zaledwie jedna ocenę, i w efekcie jestem zagrożona - będę nieklasyfikowana. Czy muszę dodawać, że po czymś tak budzę się z krzykiem, a w najlepszym wypadku ze szczękami zdrętwiałymi od zaciskania?

 

W dzisiejszym śnie przeszłam samą siebie. Musiałam zdać rodzaj egzaminu zawodowego na wydziale, którego jestem pracownikiem. Kierownik mojej jednostki wręczył mi dwa arkusze, na których miałam stworzyć dwa osobne eseje. Niestety, nie zapamiętałam pierwszego tematu. Zapewne miałam stworzyć wypowiedź w języku angielskim na jakiś temat zawodowy (jestem anglistką). Jeśli chodzi o temat drugi - proszę zapiąć pasy - kazano mi napisać esej o wartościach artystycznych poematu i opery "Eugeniusz Oniegin". Nie wiem, czy po rosyjsku - wątpię. Na zawsze zapamiętam jednak potworny wysiłek towarzyszący procesowi twórczemu. Każdy, kto śnił podobne historie, wie, jak trudno PISAĆ we śnie - mniej więcej tak, jak pływać w kisielu. Po skończeniu pracy odłożyłam zabazgraną kartkę. Nagle olśniło mnie - powinnam silniej zaakcentować motyw bohatera romantycznego! Podkreślić, że stoi on w jednym rzędzie z Childe Haroldem Byrona itp. Sięgam po arkusz z esejem, a tu - pasy nadal zapięte? - przy moim biurku rozgościła się pani Doda. Po prostu położyła łapkę na mojej pracy i oświadczyła, że przejmuje moje dzieło. "Zresztą ,o co chodzi?"

Byłam załamana; esej bez uwypuklonego wątku bohatera romantycznego wydał mi się bezwartościowy. Ale co było zrobić? Pani Dody nie udało mi się już do końca snu odnaleźć.

Pamiętam swoją rozpacz, ponieważ od jakości moich wypracowań zależała moja ocena pracy. Cóż, w realnym świecie właśnie z własnej woli, po sześciu latach, właśnie z pracy odchodzę.

Goniący mnie latami SS-mani byli łatwo wytłumaczalni. Jako dziecko lat 70. karmiona byłam przez telewizję filmami wojennymi tak intensywnie, że estetyka wojny na długie lata zdominowała moje marzenia senne. Zabijały mnie bomby lotnicze, żołnierze wroga strzelali mi w plecy, zagrożenie wywozem do obozu ściskało mi żołądek. Dlaczego teraz, gdy z godnością i westchnieniem wkraczam powoli w wiek średni, odbiera mi się we śnie świadectwo ukończenia szkoły podstawowej, każe powtarzać maturę i studia? Jeszcze za wcześnie, by tęsknić do "niegdysiejszych śniegów". Dobrze, oto moje oświadczenie autolustracyjne: na świadectwie z podstawówki mam orła bez korony, a matury nie zdawałam, bo szczęśliwie nie musiałam, ale czy to znaczy, że wszystko, co potem, traci ważność? :-)

Zasypiając, budzę się gdzie indziej.


Głosuj (0)

kadewu 22:38:41 21/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Chamowo

Książką, która najsilniej mną wstrząsnęła w ciągu ostatniego roku było  "Chamowo" Mirona Białoszewskiego. Długo na tę książkę czekałam (ciągle niecierpliwie czekam na pamiętniki!) i w rezultacie szybko ją połknęłam. Wstrząsnęła mną nie z powodów fabularnych czy obyczajowych. Autor opisuje w delikatny, poetycki, a przecież bardzo zwyczajny sposób, jak oswaja wielki blok, w którym przyszło mu mieszkać. Nie jest to proste, bo bloczysko jest jak termitiera, zaś autor nie wykazuje cech zwierzęcia społecznego z zwykłym znaczeniu tego słowa. Jednocześnie blok jest przecież częścią większego organizmu, Warszawy, która dla Białoszewskiego była po prostu małą ojczyzną. Tu zmęczenie wielkomiejskim zgiełkiem można ukoić wiechciami dzikich kwiatów zbieranych na pętlach autobusowych... Warszawa zachowała ten niezwykły charakter, zatem wiele opisów wędrówek Mirona po mieście brzmi zaskakująco współcześnie. Kamienice, nocne sklepy, komunikacja - Warszawa była i w latach 70. zupełnie wyjątkowa na tle reszty Polski. A jednocześnie - co za ulga, że dzisiaj zakup kilku rolek papieru toaletowego albo dżemu niskosłodzonego nie jest wyczynem wymagającym od warszawiaka (ani Polaka w ogóle) większych poświęceń. Chyba i dziś Warszawę widzą nieco podobnie ci, których przygnało tutaj poszukiwanie lepszego życia. I chyba podobnie jak Białoszewski odczuwają swoją odrębność na tle wielkiego, pulsującego ciała metropolii, i podobnie chcą oswoić sobie najbliższe terytorium. I przecierają swoje szlaki.

Dlatego właśnie myślę, że mimo upływu lat "Chamowo" jest całkiem współczesną opowieścią o życiu miasta, miasta w skali kraju wyjątkowego.


Głosuj (0)

kadewu 20:35:06 21/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Faulkner przydrożny

Jechałam dziś rowerem obok miejscowej księgarni. A raczej prowadziłam  powoli swój stary rower, obciążony zakupami (i pokryty warstewką kurzu - nie usuwam umyślnie, by ktoś nie przywłaszczył sobie roweru). Przed księgarnią siedział zmęczony życiem i upałem człowiek jako żywo przypominający mi  wizualnie Williama Faulknera. Odwróciłam głowę, by mu się przyjrzeć - podobieństwo do genialnego pisarza urosło jeszcze w moich oczach. Szlachetna, spalona słońcem południa twarz o znużonym wyrazie typowym dla konsumentów mocnych alkoholi. "Przepraszam, ma pani parę groszy?" - rzucił schrypnięty Faulkner. Pokręciłam głową.

Ciekawe, że Faulknera od tamtego człowieka sprzed księgarni różnił tylko talent literacki. Faulkner alkoholizował się przez długie lata i kilkakrotnie sięgnął dna. Chwileczkę, a jeśli człowiek sprzed księgarni też został obdarzony podobnym talentem, którego nigdy nie poznamy, bo... bo gdy jest trzeźwy, to nie ma weny, a gdy wypije, to nie pamięta, żeby pisać? Może jest genialnym gawędziarzem którego doceniają tylko kumple od kieliszka? Może nie nauczył się porządnie pisać, bo na przykład miał dysleksję, ale w głowie układa epickie losy rodów z południa?

Wróciłam do domu zlana potem.


Głosuj (0)

kadewu 19:52:59 21/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Związek zawodowy wróżek RP

Niewielu moich znajomych wie, że dla relaksu, po robocie, w dwudziestej piątej godzinie doby, zajmuję się wróżeniem. No dobrze, nie wróżeniem, lecz astrologią. Uspokaja mnie to. Wydaje mi się, że nabieram więcej dystansu, gdy popatrzę sobie w niebo nade mną oraz aspekty między ciałami niebieskimi.

Zauważyłam ostatnio, że jest nas więcej. Wystarczy wyjść na plac zabaw, usadowić się na ławeczce i posłuchać dialogów rodziców z brykającymi dziećmi. Co słychać? "Nie wchodź tam [na drabinki do wspinania], bo spadniesz". A także: "Uważaj na zjeżdżalni, bo spadniesz i się połamiesz". I najlepsze: "Załóż czapkę, bo zachorujesz, zobaczysz".

I mamusie, i tatusiowie z niezachwianą pewnością tworzą scenariusze potencjalnych nieszczęść, które maja spaść na ich pociechy w ramach kary za nieposłuszeństwo wobec starszych, więc mądrzejszych. Zastanawiam się tylko, czy rzeczywiście przyniesie im satysfakcję mokry nos pociechy, która nie założyła czapki. "A nie mówiłam?"

 

Staram się bardzo nie być jedną z wróżek, które - w rozmowach ze swoimi dziećmi - formułują bez wahania samospełniające się przepowiednie. Jestem pewna, że te wróżki uprawiają po prostu czarną magię, a przecież wiadomo, że szkodzi ona temu, kto jej używa...


Głosuj (0)

kadewu 15:34:37 20/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Brak słów

W ciągu ostatnich czterech miesięcy dyskurs publiczny zdominowały słowa,"katastrofa" i "tragedia". Dyskurs prywatny po 10 kwietnia rozwija się trochę inaczej. Powstające dowcipy i powiedzonka nie zawsze są najwyższej próby, ale moim zdaniem trafnie pokazują, co Polaka boli, a co drażni. Ale ja nie o tym chciałam dziś pisać.

Ostatni tydzień przyniósł kilka publikacji prasowych, z których wynika, że zaczęła się bitwa (wkrótce sądowa) o rozgraniczenie znaczenie przymiotników "smoleński" i "katyński" oraz zawłaszczanie tego drugiego.

Siła ludzkiej niepamięci jest potężna. Pamiętam, jak kilka dni po 10.04 szłam na miasto po drobne zakupy. Przy nieodległym kiosku stał facet z średnim wieku, ewidentnie zaprzyjaźniony z kioskarką. "Czytałaś"? - machał zakupioną właśnie gazetą. "Umarła ta, no, Stefania Smoleńska".

Śmiem twierdzić, że Zmarłej by się to nawet podobało.

Jestem osobą którą niewiele może zadziwić, a przecież często przy starciu z rzeczywistością czuję się jak dziecko. Kiedy pod koniec maja zobaczyłam reklamę wycieczek kolejowych (pardon, pielgrzymek) do Katynia i Smoleńska, zniżki dla emerytów studentów, umieszczoną przy stacji metra Politechnika, zatrzymałam się na chwilę, żeby podumać. Miałam mieszane uczucia, a u mnie mieszane uczucia to sygnał ostrzegawczy. Ufam temu barometrowi, podobnie, jak wierzę we własny gust.


Głosuj (0)

kadewu 14:09:55 20/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Pojedzie i przywiezie

Myślałam ostatnio o... zaimkach. Na co dzień je raczej lekceważymy albo pomijamy, bo pozwala nam na to specyfika języka polskiego. Idę, uważam, masz rację, zadzwoni - sprawę załatwia czasownik w odpowiedniej formie. Podobnie jak polski zachowuje się hiszpański, natomiast angielski nie pozwala nam na opuszczanie zaimków osobowych. Pisanie "I" wielką literą wywołuje zresztą w niektórych Polakach szczególne, powiedziałabym, mieszane uczucia. Tym niemniej podczytując fora lub komentarze w internecie zauważyłam, że część osób przeniosło tę zasadę na język ojczysty. Wynika stąd nieznośna maniera: "jeśli o Mnie chodzi", "dlatego Ja uważam" itd. Co ciekawe, to zjawisko rozciąga się na przypadki zależne, także przymiotniki dzierżawcze: "bo Moje dziecko" itp. Może to jakaś kompensacja? Biedne zaimki, zwykle lekceważone przez Polaków, teraz są dodatkowo wyróżniane w tekście.

 

Odwiedziłam punkt ksero, gdzie robię czasem wydruki. Prowadzi go syn z matką, zwykle pracują razem, ale wczoraj była tylko ona. Zapytałam o rodzaj pisaków dla dzieci, których od pewnego czasu nie było w sprzedaży. "Nie ma. Po południu pojedzie do hurtowni, to przywiezie, jak będą". Chwilę zajęło mi przypisanie tego czasownika do odpowiedniej osoby. "Zadzwonię do niego, jeśli pani chce". Ostatecznie się rozmyśliłam. W drodze powrotnej rozmyślałam o tym, co usłyszałam. Znam matki, które powiedziałyby coś takiego: "MÓJ SYN pojedzie i przywiezie...", właśnie tak, wielkimi głoskami.


Głosuj (0)

kadewu 13:07:36 17/08/2010 [komentarzy 1] Komentuj

Zębologia

Dziś zakończyłam dość przykry, głównie dla kieszeni, cykl spotkań ze stomatologiem. Leżąc na fotelu oczy mam zwykle zamknięte, (i marzę o plaży) ale pod koniec procedury, kiedy jest czas płukania paszczy, wzrok uciekał mi w stronę stojącego w kąciku gabinetu zestawu resuscytacyjnego. Dziś po raz n-ty przeczytałam zwięzły napis: 3 liters. 3 liters. Czytania niewiele, ale jaka treść. Od niej zależy czyjeś życie. Tylko trzy litry.

 

Potem było normalnie, tj. zeszłam - ale tylko z fotela - wyszłam na świat, a dzień był słoneczny.

 


Głosuj (0)

kadewu 18:31:15 16/08/2010 [komentarzy 0] Komentuj

Witam

Jestem Kadewu. Jestem rodzaju żeńskiego. Witam wszystkich na moim osobistym blogu.

Jestem uzależniona od liter. Moja matka popełniła wielki błąd, ucząc mnie czytania, gdy miałam 4 lata. (niedawno znalazłam książeczkę z dedykacją: "Od Mikołaja dla Kadewu, 6.12.1978") Od tamtej pory co dzień żądałam nowych materiałów, źródeł i podniet, co w warunkach realnego socjalizmu było dość kłopotliwe - księgarnie były pustawe, a w kioskach prasa mocno ideologiczna. Dzięki temu, że rodzice czytali niezliczoną liczbę dzienników i tygodników, chłonęłam litery i historie, w które się one układały, a na szerokich marginesach Trybuny Ludu rysowałam komiksy.

Po transformacji '89 moja mania się nasiliła.

Jest XXI wiek, a ja mam nadzieję, że naukowcy nie znajdą antidotum na moją chorobę.

K


Głosuj (0)

kadewu 14:51:43 16/08/2010 [komentarzy 1] Komentuj





[178596] ||Strona Główna
[4] ||
Księga Gości
[Dodaj do Księgi]


Dodaj do Ulubionych
Kadewu żyje, by czytać i czyta, by żyć. W pozostałym czasie rozmyśla i śpi. Mówi rzadko. Rocznik 1974.



Archiwum

2017
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2016
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2015
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
2014
Grudzień
Listopad
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2010
Grudzień
Wrzesień
Sierpień



Ulubieni




Linki

kultura w Brukseli
piękny blog


kadewu
JEDNYM OKIEM: Uwagi Kadewu na temat otaczającego ją świata z uwzględnieniem wynalazku pisma. Czyta jednym okiem, bo drugie nie działa.